Na granicy...sił – Bendoszka

Na niedzielę nie rokują najlepszej pogody, straszą to wiatrem, to deszczem. Postanawiamy jednak zaryzykować. No więc ruszamy w kierunku Rycerki, skąd będziemy zaczynać pętlę na Bendoszkę. Ostatni raz byliśmy tam na wiosnę, więc pora odświeżyć pamięć i przede wszystkim zawitać tam zimą.
Wędrówkę zaczynamy czarnym szlakiem, który zaczyna się lodowiskiem, a potem prowadzi po kruchym śniegu nad błotem i wodą. No lekko dziś nie będzie. Odwilż.


Idziemy żwawo pod górę aczkolwiek bez kondycyjnego szału. Szlak niby jest przetarty, ale ślady są oblodzone, więc i tak trzeba dreptać po śniegu co by się nie wywalić ;) Pierwsze podejście czeka nas na Praszywkę Wielką. Skoro od razu nabieramy wysokości to przecież potem będzie łatwiej. A i widoki towarzyszą całkiem godne. Zaraz, zaraz. Czy ja po przeciwległej stronie widziałam krzyż? Krzyż na Bendoszce?! Jakoś dziwnie daleko…



Na pewno szlak zaraz tak zakręci, że nim się spostrzeżemy będziemy na szczycie. Idziemy więc dalej, teraz po równi. Wychodzimy chwilowo na otwarty, grzbietowy teren gdzie mocniej furga i nagle zaczynamy ostre zejście w dół… Co jest?! Naprzeciwko nas stoi doniośle Bendoszka, podczas gdy my tracimy całą dotąd nabraną wysokość. Po 15 minutach znajdujemy się na Przełęczy Przysłóp Potocki i odtąd zaczyna się najgorsze. Śnieg niby twardy, ale z każdym krokiem zaczynamy się zapadać po łydki. Po chwili zaczynamy znów podejście i posilamy się czekoladą, gdyż siły po 6 kilometrach marszu opadają. Nie poddajemy się i idziemy w górę. Wychodzimy z lasu i w tym momencie nasze nadzieje na szybkie dotarcie do celu zostają zburzone… Widzimy krzyż, ale czemu kurcze tak daleko?!



Musimy zrobić szybki postój na herbatę po czym ruszamy dalej. I tutaj zaczyna się zupełnie nieprzetarty szlak, no poza śladami jelenia. Idzie się coraz ciężej, a w dodatku kolejna kiepa przed nami. Już jestem wyczerpana, a im wyżej tym jeszcze gorzej. Teraz zapadamy się po kolana, a ja powoli nie mam ani siły ani ochoty podnosić nóg do góry. Na szczęście Bartek podąża przodem i toruje drogę, a ja po jego śladach mam o wiele lżej. Mija kolejna godzina, gdy muszę się na chwilę zatrzymać, a wręcz paść na kolana. Nogi już mają dość… Na szczęście po wyjściu z lasu wyłania się polana i wiem, że do celu pozostało kilkanaście metrów. Więc idę…



Stajemy na szczycie po godzinie 13:00 totalnie wyczerpani wędrówką. Łatwa, krótka trasa zajęła nam 3,5h… Obracam się za siebie, by choć co nieco uchwycić w obiektywie, choć marzę tylko o tym by usiąść i odpocząć.
Na Bendoszce pusto, zimno i śnieżnie. Udało się nam zdobyć szczyt, ale zwycięstwo okupione było niesamowitym wysiłkiem. Śmiało mogę powiedzieć, że była to moja najgorsza górska wędrówka. Mimo wszystko staram się złapać w obiektywie surowość krajobrazu, a i ja na chwilę staję przed aparatem.




Na szczycie nie spędzamy wiele czasu, bo marzymy już o schronisku. Schodzimy niezwłocznie, dzięki Bogu już w dół, a przed nami Mała Fatra.



Po 15 minutach docieramy na Przegibek. Zamawiamy herbatę, która jest najlepszą jaką piłam i rozsiadamy się przy stole. Po tylu wrażeniach nie mam nawet apetytu, ale jeść trzeba. Po kilku gryzach, żołądek czuje głód i szybciutko pałaszuję cały zapas z plecaka, pozostawiając jedynie kilka słodkości na powrót.



W schronisku nie możemy jednak zabawić zbyt długo. Dzień krótki to i czas nagli. O 14:00 startujemy z Przegibka i zielonym szlakiem rozpoczynamy zejście w dół. Idzie się w porządku, śnieg jest w miarę przystępny, co przyspiesza zejście. Myślę tylko o tym, że za niedługo wejdziemy na asfaltówkę i tak już prosto do samochodu. I rzeczywiście po 30 minutach schodzimy z leśnego szlaku na…lodowisko…!
Czy dziś wszystko musi być przeciwko nam? No cóż: co nas nie zabije... Idziemy albo brzegiem drogi jedną noga w śniegu albo jak kaczuszki środkiem po lodzie. Na szczęście humory nam wracają i jest całkiem zabawnie.



Wykończeni docieramy przed 16:00 do samochodu po godzinie jazdy figurowej na lodzie ;) Otwieramy colę, jest i Prince Polo, więc można wracać do domu. Dziś nic więcej do szczęścia mi nie potrzeba. Jestem trochę zła na siebie, że planując trasę nie zauważyłam przełęczy w połowie drogi, ale i tak bywa. Na przyszłość to chyba 3x sprawdzę! Warunki nie były łaskawe, bo zgoła różne od prawdziwej górskiej zimy, ale jakoś przetrwaliśmy. Były kryzysy, ból, pot, ale i satysfakcja, tylko nie taka na 100%. Nie mniej jednak Bendoszka zimą została przez nas opanowana :D

A.N.

11.01.2015
 


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza