Come into paradise – Lago di Sorapis


Lago di Sorapis – któż nie kojarzy turkusowego jeziora w otoczeniu strzelistych szczytów. Zapragnęliśmy dotrzeć do tego raju i zweryfikować, czy na żywo jest tam równie pięknie, co na zdjęciach. Większość opisów w internetach sugeruje wędrówkę z Passo Tre Croci, niby najlepiej, ale na szlaku jest kilka eksponowanych miejsc. Nie wiedząc o jakiej ekspozycji mowa, wybieramy szlak stricte trekkingowy, aczkolwiek dający nieźle w kość pod względem przewyższenia. Numerek 217 z okolic Hotelu Cristallo - oto nasz wybór. 

Kierunek Sorapis
Na początek czeka nas marsz szerokim traktem i po krótkim odcinku przez las, znajdujemy się na zielonej polanie oferującej całkiem przyzwoity widok. Maszerujemy spokojnie, wciąż po równym terenie i niebawem ponownie znikamy w lesie. Etap ten trwa aż 2km, po których czeka nas wycisk i nabieranie wysokości. W końcu 1928m n.p.m. samo się nie zdobędzie… 

Widokowa polanka
Lubię te kontrasty
Szlak powoli wspina się wśród drzew liściastych, by po kilometrze wprowadzić nas w skalny teren, a raczej wprost pod pionową ścianę. Mam lekkiego pietra, domyślając się, że jezioro jest nad progiem obserwowanego przez nas wodospadu, ale jak zwykle mój strach ma wielkie oczy. Szlak sprytnie prowadzi zakosami wśród kosówki i choć podłoże jest sypkie i piarżyste, to idzie się rewelacyjnie. Jedyne co daje w kość, to ciężkie powietrze i słońce w połączeniu z przewyższeniem. 

Skalna ściana i wodospad
Widoki ze szlaku
Po około 40 minutach ponownie maszerujemy przez las i teraz już wygodną, niewymagającą kondycyjnie ścieżką zbliżamy się do celu. Gdy na zegarku wybija 8:45, naszym oczom ukazuje się rajski widok – dokładnie taki sam jak na zdjęciach, nieodbiegający od naszych wyobrażeń. Turkusowa woda Lago di Sorapis jest niczym niezmącona, a strzeliste szczyty grupy Punta Sorapis dodają miejscu charakteru. Cóż mogę rzec – siadamy i rozkoszujemy się tym miejscem, rajem w sercu Dolomitów… 

Dokładnie tak sobie to wyobrażałam
Paradise
Dito di Dio (Palec Boga)
Turkusowa woda zawdzięcza kolor wapieniom
World is mine 😃
Czas nad jeziorem mamy dokładnie wyliczony. Co z tego, że jest wcześnie, co z tego, że nad nami jest błękitne niebo bez ani jednej chmury, zakłócającej jego harmonię. Prognozy wyraźnie wskazywały na burze, a z doświadczenia wiemy, że te włoskie przychodzą znacznie wcześniej niż popołudniu… Chcąc nie chcąc zawijamy stąd o 10:00, bo później możemy pokonywać skalny teren w strugach deszczu i przy melodii piorunów. Ale uwierzcie, że zaledwie godzina nad Lago di Sorapis w ciszy odbijającej się echem od pionowych ścian, potrafi zdziałać cuda.
Droga powrotna zajmuje nam 1h 30 minut, idziemy tym samym szlakiem, więc mierzy również 5 kilometrów. Do samochodu docieramy w promieniach słońca, aczkolwiek na niebie już pojawiają się ciemne kłęby chmur. Mieliśmy nosa – nim dojedziemy do Cortiny, deszcz przeplata się z piorunami nad całą wschodnią częścią Dolomitów…



Lago di Sorapis to klasyk i każdy kto w Dolomity się wybiera, po prostu musi tam dotrzeć. Polecamy również „nasz” szlak dla osób walczących z lękiem wysokości i bojących się ekspozycji na trasach z Tre Croci – tutaj spokojnie dacie radę, najwyżej złapiecie zadyszkę 😉
To tym samym nasz ostatni trekking w Dolomitach i z łezką w oku żegnamy Camping Rocchetta, góry, Włochy, ich pyszne jedzenie i wyborne wino... Za żadne skarby nie chcę stąd wyjeżdżać, a jednocześnie czuję, że wrócę szybciej niż się spodziewam.



A.P.

20.06.2019



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz