Gdy hula wiatr na grzbietach Tatr – Zabrat, Rakoń, Grześ i Osobita


Plan na tytułową pętlę w Tatrach Zachodnich chodził mi po głowie od dawna, ale kiedy przyszła jesień i okno pogodowe, nie wahałam się z jego realizacją ani chwili dłużej. Nie przewidziałam tylko jednego…
W Zverovce melduje się o 6:20, kiedy jeszcze ciemności przysłaniają tatrzański krajobraz. Dzisiaj ruszam na szlak sama, więc nieco zlękniona odpalam czołówkę i udaję się asfaltem ku Tatliakovej Chacie. Z każdą upływającą minutą robi się coraz jaśniej, co mnie ogromnie cieszy, ponieważ na szlaku nie ma zupełnie nikogo. Jestem tylko ja i setki zwierzęcych oczu patrzących na mnie w mojej chorej wyobraźni… 


Świta…
Już widać chatę…
Po godzinnym marszu docieram do Tatliakovej Chaty, gdzie dość mocno dmucha wiatr. Siadam dosłownie na chwilę, by na szybkości wciągnąć kanapkę, po czym równie szybko wracam do wędrówki, by się rozgrzać. Na szlaku nie ma zbyt wielu osób, toteż idę ponownie sama i słucham własnych myśli oraz świstu wiatru. Ścieżka na Zabrat znakowana na zielono pnie się w górę zakosami, co pozwala zdobywać szybko i łatwo wysokość. Przełęcz Zabrat bardzo miło wspominam z pewnego jesiennego trekkingu i z niebywałą przyjemnością wracam tam sprawdzić te pyszne widoki. Droga przewidziana na 45 minut zajmuje zaledwie 30 i już mogę podziwiać wschodzące słońce na grzbietach Bobrowca, Osobitej, czy grani od Rohaczy po Brestową. Niestety na siodełku jest zimno, więc nie ma mowy o dłuższym popasie – kilka zdjęć i ponownie sru w górę...

Dokładnie tak pamiętam Zabrat 💓
W kierunku Grzesia i Bobrowca
Cała przełęcz dla mnie 😀
Droga na Rakoń przebiega sprawnie, chociaż wraz z wysokością wiatr się wzmaga. Póki co Wołowiec i Rohacze toną w złowrogich chmurach, ale poza tą anomalią jest typowe „blue sky”. Kiedy jestem tuż pod kopułą szczytową, zaskakuje mnie nagłe zejście trójki Polaków, którzy szli przede mną i z zasłyszanych informacji w planach mieli Wołowiec. Wszystko staje się jasne, kiedy osiągam wierzchołek i huragan jest tak silny, że aby zrobić zdjęcie muszę usiąść na tyłku. Nie jestem w stanie utrzymać się na nogach, więc czym prędzej rozpoczynam zejście szlakiem granicznym w kierunku Grzesia – zresztą dokładnie tak, jak zakładał plan. W kierunku Wołowca ledwo mam odwagę spojrzeć, ponieważ czarna chmura wisząca na szczycie odstrasza każdego śmiałka chcącego podjąć próbę jej okiełznania. 

Podejście na Rakoń z widokiem na Osobitą
Długi Upłaz i Kominiarski
Wspomniane foto z pozycji siedzącej – widok z Rakonia w kierunku Tatr Wysokich
Rakoń i jego niewidzialny huragan…
Zejście grzbietem Długiego Upłazu to walka. Jestem zupełnie sama na grani i ledwo mam siłę ustać na nogach. Zapieram się kijami, ale boczne podmuchy wiatru targają mną jak chorągiewką. Boję się, że zaraz tak dmuchnie, że mnie zdmuchnie… Łzy mimowolnie cisną się do oczu, ale idę, trzeba w dół, jak najszybciej utracić wysokość, przecież nikt tego za mnie nie zrobi…
Tak jak przewidywałam, już 100 metrów niżej wieje zdecydowanie mniej. Oddech powoli się uspokaja, staram się nawet lekko podbiegać, byle jeszcze stracić trochę metrów. Mijam kilku wędrowców, idących wprost w oko cyklonu, sama maszerując pośród kosówki i oglądając krajobraz wokół. W końcu mogę odetchnąć. 


Pierwsze metry na zejściu z Rakonia były okupione walką…
Szlak graniczny
Po prawej stronie Polska
Po lewej Słowacja i niedawno zdobyty Zabrat
Polana Chochołowska i Kominiarski
Bobrowiec
Po godzinie marszu wdrapuję się na wierzchołek Grzesia i ku mojemu zaskoczeniu dzielę go zaledwie z jednym turystą. Moje obawy o silniejszych podmuchach na szczycie na szczęście się nie sprawdzają, więc w końcu mogę nań odsapnąć i co nieco przekąsić. Ale najpierw widok, bo ten jest niesamowity. Patrzę na bezchmurne niebo nad przebytą przeze mnie trasą i na kłębiące się chmury nad Wołowcem. Podziwiam Bobrowiec, Kominiarski i Tatry Wysokie, spoglądam na kolejny cel - Osobitą. Ściągam plecak i siadam, pora wziąć wdech i się zrelaksować...

Na szczycie
Grań od Hrubego po Brestową z błękitnym niebem
Po polskiej stronie kłębią się chury…
Z Zabratem na pierwszym planie
Po doładowaniu energii zarówno tej fizycznej, jak i psychicznej ruszam dalej. Na wierzchołku przybywa turystów, a ja pragnę uciec ku nieskazitelnej ciszy. Ten manewr ma mi umożliwić wędrówka zielonym szlakiem ku Przełęczy pod Osobitą, a odcinek zapowiadany jest na 2 godziny. Po niewielkiej utracie wysokości wiatr praktycznie ustaje, a ja spoglądając na niewielką polanę przede mną i cel w oddali, czuję że to będzie przyjemny marsz. 

Trasa do pokonania
Po lewej znany widok
Za mną Bobrowiec i Kominiarski
Obserwując przebieg szlaku wnioskuję, że czekają mnie 3 zejścia oraz 3 podejścia na widoczne przede mną wzniesienia. Pierwsze zwane Rohem zdobywam już po kilkunastu minutach, by potem znacznie stracić wysokość, wędrując przez las. Oczywiście domniemuję, że zaraz będzie czekało mnie odrobienie tych metrów, ale póki co skupiam się na otaczającym mnie drzewostanie. Wąska ścieżka klucząca między świerkami i cisza totalna pochłaniają mnie w całości. Bardzo lubię takie miejsca, chciałoby się zaszyć w tej ciszy na dłużej, ale strach przed czyhającym gdzieś w zaroślach niedźwiedziem wygrywa, więc żwawo idę dalej, głośno stukając kijami… 😉

Las
Po godzinie docieram na przyjemną polankę, która oddalona jest zaledwie 20 minut drogi od celu. Nie mogę sobie jednak odmówić chwili relaksu na spalonej słońcem trawie, ponieważ jest tu całkowicie bezwietrznie. Leniuchuję jakiś czas, mijana przez kilku wędrowców, po czym ruszam dalej. Pod Osobitą czeka mnie ostatni przystanek przed powrotem do cywilizacji. 

Osobita tuż tuż
Któż by się oparł lenistwu w tym miejscu
Zbliżając się do Osobitej, zachwyciła mnie przede wszystkim jej potęga. Jej rude zbocza wznoszą się dumnie nad przełęczą i choć na wierzchołek nie ma znakowanego szlaku, to ścieżka jest wyraźna. O tym że Słowacy ochoczo zdobywają szczyt, przekonuje się na siodełku, ponieważ raz za razem ktoś czmycha na nielegal. Czmychnęłabym i ja, ale… z chęcią zdobędę Osobitą razem z mężem, a po drugie, dzisiejsza widoczność pozostawia do życzenia, zwłaszcza w kierunku południowym. Odkładam więc tę wisienkę na lepszy czas, najlepiej o poranku lub zachodzie słońca 😉

Potężna Osobita i wyraźna ścieżka na szczyt
Przełęcz pod Osobitą
Widok na wschód
Panorama zachodnia z przełęczy
Na przełęczy również spędzam trochę czasu, korzystając z błogich chwil ciszy, a potem bez marudzenia zbieram się do zejścia zielonym szlakiem w kierunku Zwerówki. Tabliczki przewidują 1h 30 minut marszu, a ścieżka bardzo pozytywnie mnie zaskakuje. Praktycznie cały czas szlak przebiega zakosami, co powoduje ekspresową utratę wysokości przy nieznacznym obciążeniu nóg. Już po 40 minutach znajduję się na soczystej polanie, a następnie mijam jeziorko nieopodal Zwerówki. Po kwadransie docieram do chaty, gdzie zamawiam zimną kofole i celebruję dzisiejszy dzień. 

Jazierko pod Zverovkou
Co prawda nie tak sobie wyobrażałam ten trekking… Liczyłam na całodniową wędrówkę okraszoną długimi popasami na grzbietach, nieustanny uśmiech i nieskazitelne krajobrazy. W zamian dostałam chwile grozy, żwawy marsz i szybki powrót do domu. Ale takie są góry, one dyktują warunki. Cieszę się wiec z tego, co mogłam mieć – mimo wszystko piękne krajobrazy, miejsca gdzie mogłam ładować baterie i chwile, w których mogłam odpłynąć ku tylko sobie znanym myślom. To był bardzo dobry dzień, jeden z tych które zapadają głęboko w pamięci i które dają siłę na kolejne. A trasa sama w sobie? Cud, miód, malina 💛

A.P.

20.10.2019



2 komentarze: