Droga klasyczna, czyli trekking wokół Tre Cime di Lavaredo


Po pełnym wrażeń road tripie drogą SR48, kolejnego dnia jestem żądna typowego trekkingu. Na pierwszy ogień leci klasyk nad klasyki, czyli słynny masyw Tre Cime. Wędrówkę najlepiej jest rozpocząć przy schronisku Auronzo, oszczędzając tym samym czas i siły, ale dla równowagi wydając pieniądze. 6 kilometrów krętej drogi, pozwalającej dotrzeć samochodem na wysokość 2320m n.p.m. kosztuje 30€, a opłata pobierana jest na dole przy bramkach, nieco powyżej Lago d’Antorno, do którego dotrzecie oczywiście skręcając w prawo tuż za Lago di Misurina.

Lago di Misurina
Droga początkowo prowadzi przez las, by z czasem wić się ostrymi serpentynami tuż obok przepaści. Podjazd jest naprawdę solidny, ale o 7:00 na szosie jest praktycznie pusto i na parkingu stoją zaledwie trzy samochody. Po wyłączeniu silnika wysiadam powoli z auta i mało co nie potykam się o własną szczękę, powoli zbierając ją z ziemi… Najbardziej hipnotyzujące są strzeliste szczyty masywu Cadini di Misurina, ale cała panorama jest obłędna. Dodajmy do tego totalną ciszę i jest petarda!

Gruppo di Cadini
Z poziomu drogi
Trekking wokół Tre Cime zakłada wędrówkę drogą klasyczną, czyli najłatwiejszym szlakiem z Rifugio Auronzo przez Rifugio Lavaredo, aż do Rifugio Locatelli. Trasa numer 101, oczywiście w kolorze biało-czerwonym to szeroka, płaska autostrada, która biegnie u podnóża południowych ścian Tre Cime, a przewyższenie jakie trzeba pokonać do celu to… 134 metry 😉 Liczby może nie powalają, ale krajobraz jak najbardziej, ponieważ od samego początku wędrówce towarzyszy widok na typowe strzeliste szczyty, skaliste granie i błękitne niebo.

Rifugio Auronzo
Szlak 101
Taka droga
Od schroniska Lavaredo dzieli mnie mniej niż 2 kilometry i patrząc na przyjemną drogę, którą trzeba pokonać, to nogi same rwą do przodu. Turystów na szlaku jest naprawdę niewielu i musi być to zasługa wczesnej pory, ponieważ cel jest jednym z najpopularniejszych w Dolomitach. Na szlaku mijam kapliczkę alpejską, nieco dalej zauważam gwiżdżącego świstaka, a potem to już jest Rifugio Lavaredo, gdzie po raz pierwszy we Włoszech słyszę znajome „cześć”. Chwila postoju na podziwianie okolicy i trzeba ruszać dalej, no bo człowiek jakiś kompletnie niezmęczony tą wędrówką na poziomie 2000 metrów 😉

Cappella di Alpini, w oddali Rifugio Auronzo
Rifugio Lavaredo
Taki widok przy schronisku
Schronisko Lavaredo położone jest na wysokości 2344m n.p.m., a wybudowano je w 1954 roku. Otwarte jest od połowy czerwca do końca września, nie obsługuje kart płatniczych, a za nocleg trzeba zapłacić 65€. Cena jak dla mnie zabójcza, ale położenie również...
Kolejnym celem na dzisiaj jest przełęcz Lavaredo, a aby się tam dostać do wyboru są dwie trasy – wciąż szeroka, ale okrężna autostrada, albo trawers szlakiem. Co by więc sobie nieco urozmaicić i poczuć choć na chwilę górski klimat i piarg pod butami, ruszam wzwyż szlakiem. To był strzał w dziesiątkę.

Trawers szlakiem
Magiczna grupa Cadini
Po pokonaniu 100 metrów przewyższenia osiągam przełęcz, gdzie odsłania się widok na drugą stronę masywu Tre Cime. I po raz kolejny trzeba powstać z kolan, na które rzucają te włoskie krajobrazy. Obserwuję przebieg szlaku do schroniska Locatelli, po lewej dumnie stoją Trzy Wieże, a na wprost… na wprost to jest jakaś inna planeta 😮

Śnieżny tunel do innego wymiaru
Po drugiej stronie przełęczy
Trzy Wieże
W oddali malutkie schronisko
Za nami
Kierunek Locatelli !
Od Rifugio Locatelli, po niemiecku zwanym Drei Zinnen Hutte dzieli mnie około 1,5 kilometra, które pokonam również szeroką, bitą drogą. Od strony północnej Trzy Siostry wyglądają imponująco i oczywiście bez przerwy je fotografuję. To co mnie zaskakuje po tej stronie masywu, to ilość śniegu. Jestem na wysokości około 2400 metrów, a zaspy obok szlaku przerastają moją kurduplowatą osobę - jest czerwiec do cholery…! 😉 Kilka odcinków trzeba co prawda pokonać po zmarzniętych płatach, ale całość jest raczej pięknie odśnieżona. 

Tre Cime di Lavaredo ❤
Szlak do schroniska Locatelli
Przez zaspy
Takie widoki
Po około 40 minutach żółwiego tempa wreszcie staję przed Rifugio Locatelli i choć liczę tu na śniadanie, to niestety się grubo przeliczam. Okazuje się bowiem, że schronisko otwarte jest od końca czerwca do końca września, także dzisiaj musi mi wystarczyć chleb tostowy z pasztetem, który smakuje równie wybornie, co ciepła jajecznica 😉 Wokół mnie piętrzą się skalne iglice, a panorama jest fenomenalna. Jeziora niestety są wciąż zamarznięte, co tylko potwierdza grubość pokrywy śnieżnej w tym roku. Ale pieprzyć śnieg… i tak jest niesamowicie!!! Dreams come true! 

Kapliczka i Toblinger Knoten
Na północ
Strzelisty Paternkofel
Trzy wieże z perspektywy schroniska
Chmury robią robotę
Jezioro Boden-seen jeszcze pod lodem
Z bliska
Paternkofel i schronisko
Tre Cime i kapliczka
Pełny kadr
Tuż przed zejściem
Po dwóch godzinach błogiego lenistwa pora zebrać się w drogę powrotną. By ładnie dopiąć pętlę, plan zakłada trekking szlakiem numer 105 po północnej stronie masywu. Wraz z późniejszą porą, na szlaku w zastraszającym tempie przybywa ludzi, tak iż obecnie o samotności można pomarzyć. Takie uroki chodzenia popularnymi ścieżkami 😌 Szlak prowadzi doliną, więc najpierw tracę nieco wysokość, by później finalnie ją odrobić. Pod butami naprzemiennie pojawia się gleba, błoto i śnieg, ale marsz jest kompletnie niewymagający i oczywiście piekielnie widokowy. Nic nowego… nudy 😀

Takie tam ze szlaku
Tre Cime wciąż po lewej
Po upływie godziny docieram do schroniska Lange Alm, które również jest nieczynne, a właściwie w tym momencie zabijane dechami. Z obiadem będzie trzeba poczekać aż do Rifugio Auronzo 😟 Zaledwie kilometr dzieli mnie od Forcella di Mezzo i kolejny kilometr od parkingu, czyli w sumie pozostają dwa kilometry do zamknięcia pętli. Czy coś mnie jeszcze zaskoczy…? Przełęcz di Mezzo okazuje świetnym punktem widokowym, a rozległa panorama sięga kolejnych masywów w Dolomitach. Jest to wręcz idealne miejsce na odpoczynek, no chyba że marzy się o obiedzie i piwie, to leci się dalej 😉

Nieczynne Lange Alm
Forcella di Mezzo
Takie cuda na przęłęczy
Cel - Auronzo!
W oddali Lago di Misurina
Po 10 kilometrach marszu wędrówka dobiega końca przy wspomnianym schronisku Auronzo. Obecnie myślę tylko o włoskim makaronie i zimnym piwie, więc czym prędzej wchodzę do środka, składam zamówienie i siadam do stolika. Powoli jedząc spaghetti i popijając Beck’sem, podsumowuję w głowie ten dzień. Dzisiaj nie mogę pochwalić się ani odległością, ani przewyższeniem, ale w Dolomitach nigdy nie chodziło mi o zdobywanie szczytów, czy ambitne cele. Tutaj liczy się dla mnie samo obcowanie z górami, tak innymi, różnymi od tych mi znanych. Samo przebywanie w tym nietypowym krajobrazie było wyjątkowym doświadczeniem, a łatwy trekking pozwalał w pełni cieszyć się tym oryginalnym wytworem natury. To był dobry dzień, idealny…

Nagroda


A.P.
17.06.2019



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz