SR48 - Highway to hell - Passo Falzarego, Pordoi, Rolle, Valles & Giau


Droga SR48 zwana Grande Strada delle Dolomiti, to górska szosa, tak kręta, że aż przyprawia o zawroty głowy. Ma jednak tyle zalet, że całkowicie przysłaniają one tę jedną, jedyną niedogodność. Droga jest niesamowicie widokowa i pozwala na wjechanie samochodem na przełęcze położone na wysokości ponad 2000m n.p.m. My obraliśmy za cel 5 przełęczy, które kosztowały nas pokonanie 200km, ale trasę można znacznie rozbudować lub skonfigurować zupełnie inaczej. 


Cortina d’Ampezzo
Naszą podróż zaczynamy nigdzie indziej, jak w Cortinie d’Ampezzo, skąd SR48 staruje w kierunku pierwszej przełęczy – Passo Falzarego. Droga mknie zakosami w górę przez skalne galerie lub las i wcale nie trzeba osiągać przełęczy, by nacieszyć oczy widokami. W zasadzie już po 5 kilometrach zjeżdżamy na duży parking po lewej stronie i idziemy na pierwszą widokówkę, która kusi nas soczystą zielenią i kontrastującymi z nią surowymi ścianami Dolomitów. To pierwszy nasz kontakt z tymi górami, wrażenie robi na nas dosłownie wszystko. 

Kontrasty
c.d.
Nie umiem ich nazwać, ale są piękne
Sielanka
Niebawem wracamy do samochodu i ruszamy dalej SR48, nie mogąc się doczekać kolejnych miejscówek. Obietnica widokowej trasy sprawia, że oczekiwania są ogromne, ale w środku czuję, że się nie zawiodę. Tak naprawdę im dalej i wyżej, tym piękniej. Po kilku minutach po prawej stronie wyrasta potężna ściana, a przy niej oczywiście również parking. Zatrzymujemy się, zbierając szczękę z ziemi, zupełnie nie wiedząc, że oto podziwiamy słynną Toffanę di Rozes. Ależ to jest kolos 😮

Tofana po raz pierwszy 💗
Jesteśmy coraz bliżej Passo Falzarego, mijamy jeszcze jeden parking tuż poniżej, który oczywiście także oferuje wyśmienity widok, a potem już osiągamy wysokość 2117m n.p.m. Przełęcz otoczona jest zewsząd strzelistymi szczytami, więc można na niej obrać różnorakie kierunki wędrówek, również o zróżnicowanym stopniu trudności. Naszą uwagę najpierw przykuwa szczyt Lagazuoi, na którego wierzchołek można dostać się kolejką linową. Od razu kusi mnie taka możliwość, ale szybko schodzę na ziemię, ponieważ dzisiaj zaplanowaną mamy objazdówkę, a kolejkę zostawiamy „na następny raz”. Kręcimy się po okolicznych ścieżkach i uśmiechamy szeroko. Jest moc! 

Przedsmak przełęcz Falzarego
Passo Falzarego
Widok na Lagazuoi
Zbliżenie na kolejkę
Strzeliste wierzchołki jeszcze nieraz rzucą nas na kolana
Szlak trekkingowy w kierunku Averau
Kapliczka na przełęczy
Po chwili odpoczynku ruszamy dalej nieco zaniepokojeni ilością włoskich Carabinieri, kręcących się po SR48. Obieramy kierunek Passo Pordoi, od którego dzieli nas około godzina jazdy samochodem. Zaskoczeni również jesteśmy ilością rowerzystów na tej trasie, aczkolwiek doskonale wiemy, że niejednokrotnie przebiegał tędy wyścig kolarski Giro d’Italia. Skąd jednak tu tyle amatorów w jednym czasie…? Niebawem wszystko okazuje się jasne. W malutkim miasteczku Pieve di Livinallongo tuż po godzinie 9:00 włoska policja ściąga nas z drogi, bo jak się okazuje dzisiaj na trasie SR48 ma miejsce „Dolomites Bike Day” i jest ona zamknięta od 9:00 do… 15:00! 😨 To oznacza, że jesteśmy tutaj uziemieni na 6 godzin bez możliwości ruszenia pojazdu. Damn it! Całe szczęście, że na tym wyjeździe cały dom mamy w samochodzie, więc niebawem wyciągamy mapę, weryfikując położenie i możliwość trekkingu. Buty ze sportowych zmieniamy na trailowe, zarzucamy plecaki na ramiona i ruszamy w nieznane, ku przygodzie... 

Pieve di Livinallongo
Na mapie pierwszy w oczy rzuca się szlak numer 21 w masywie Col di Lana. Nie mamy konkretnego celu, nie musimy nawet dotrzeć na wierzchołek, wciąż mamy zamiar kontynuować naszą objazdówkę, więc targetem jest wrócić do miasteczka ok. 14:00.  Ruszamy więc za czerwonymi znakami, prowadzącą na wzgórze drogą, która oferuje całkiem przyzwoite krajobrazy. Marsz jest niewymagający, a szosa, którą podążamy, najpewniej łączy dwa niedaleko położone miasteczka. Jest ładnie i widokowo, to się liczy! 

Szlak 21
Takie widoki
Przydrożne kwieciste łąki
Działki z widokiem na Tofany
Panorama ze wzgórza
Po godzinie przyjemnego spaceru znajdujemy się na szczycie wzgórza i by dalej kontynuować wędrówkę, musimy opuścić drogę na poczet leśnej ścieżki, co oczywiście robimy. Obieramy kierunek „Teriol Ladin”, gdziekolwiek nas zaprowadzi… Przyznam szczerze, że ten sposób wędrowania jest mi zupełnie obcy, ponieważ w mojej głowie zawsze musi być plan i chociaż zarys miejsca, do którego zmierzam. Dzisiejszy spontan natomiast jest niesamowicie pociągający 😀 Ścieżka prowadzi nas umiarkowanie w górę, najpierw odkrytym terenem pod palącym słońcem, a potem już trawersem w cieniu koron drzew. Po kolejnych 30 minutach wokół nas pojawiają się zielone zbocza, które przypominają raczej Tatry Zachodnie… O tym że to wciąż Dolomity przypominają strzeliste granie w oddali. 

Teriol Ladin
Po drodze takie cuda
Im wyżej tym mniej „dolomicko”
Zielono i pusto
Na 5-tym kilometrze ok. 11:15 robimy postój na szlaku, po czym postanawiamy wracać. Na widoczny w oddali wierzchołek i tak nie uda się nam dotrzeć, a skoro dziś priorytetem jest objazdówka, to warto powrócić do samochodu na czas. Na trasie wciąż nie spotykamy nikogo, delektujemy się ciszą i spokojem, i chyba nie do końca dowierzamy, gdzie jesteśmy. Około 13:00 ponownie meldujemy się w Pieve di Livinallongo i czym prędzej wchodzimy do miejscowej knajpki, by opychać się włoskimi specjałami 😋 Tak mija czas do 15:00, ruszamy!
Kontynuujemy trasę w kierunku Passo Pordoi, będącej granicą pomiędzy Trydentem a Bolzano. Od przełęczy dzieli nas około 30 minut jazdy, a będzie ona kręta, kręta i jeszcze bardziej kręta. Samochodem wyjeżdżamy na wysokość 2239m n.p.m., po drodze łapie nas deszcz, ale na miejscu chmury się rozstępują i ponownie wychodzi słońce. Najwięcej zastajemy tu amatorów dwóch kółek, czyli rowerów i motorów, ale z przełęczy prowadzą również ciekawe szlaki w masyw Selli, jak i kolejka na Sass Pordoi, kusząca niejednego turystę. Żałujemy trochę naszej czasowej obsuwy, bo kto wie, może i my byśmy się skusili… Nie ma jednak co płakać, skoro jest tak pięknie! 

Passo Pordoi
Droga na przełęcz
Suveniry
Tam można kolejką
Kolejna destynacja to Passo Rolle, ale by tam dotrzeć czeka nas spory odcinek przez włoskie miejscowości m.in. Canazei, Moena czy Predazzo. Nawigacja na pokonanie 60 kilometrów przewiduje 1,5 godziny, miejscami jest mniej widokowo, później nieco bardziej. W Predazzo na chwilę zatrzymujemy się pod skocznią narciarską, by przewietrzyć głowę i rozprostować nogi. Pomimo, że dzisiaj nie pokonujemy kilometrów pieszo, to jazda trudnymi odcinkami, daje nieco popalić. 

Widoki podczas zjazdu z Passo Pordoi
Predazzo
Skocznie w Predazzo
Z Predazzo ponownie czeka nas podjazd po ostrych zakrętach na wysokość 1989m n.p.m., czyli będzie to najniżej położona dzisiaj przełęcz. Na szczęście widoki nań są odwrotnie proporcjonalne do wysokości, a panorama powala mnie dosłownie na kolana. Strzeliste wierzchołki, kontrastujące z zielonymi zboczami, nie pozwalają uwierzyć, że jestem tutaj naprawdę, że właśnie spełnia się marzenie, że to są Włochy. Niech mnie ktoś uszczypnie… 

Ścieżka na Passo Rolle
To ten widok powalił mnie na kolana
Zbliżenie
Z Passo Rolle jest najtrudniej odjechać. Trochę żałujemy, że mamy 6-godzinną obsuwę, ponieważ mieliśmy mieć więcej czasu na poszczególnych przełęczach i chcieliśmy je bardziej obwąchać, trochę pochodzić. Teraz nie ma czasu, słońce jest coraz niżej, a przed nami jeszcze dwa miejsca.
Z Passo Rolle musimy nieco się cofnąć - na drogę SP81, która przez Passo Valles ma nas doprowadzić na Passo Giau. Po raz kolejny samochód musi wjechać na 2032m n.p.m. i powoli odczuwamy, że życie nawet w nim słabnie 😉 Po 20 minutach znajdujemy się na pierwszej przełęczy, cykamy szybkie foto i jedziemy dalej. 


Passo Valles
Kolejna godzina jazdy przed nami. Przejeżdżamy przez urocze miejscowości, jakby nieco opustoszałe w niedzielne popołudnie, ale głównie obserwujemy słońce i zastanawiamy się, czy zdążymy na Passo Giau przed zachodem. Na przełęcz czeka nas jakże by inaczej kręta SP638, nazywana drogą 29 zakrętów, które faktycznie są ponumerowane. Co ciekawe nie każdy „tornante” wlicza się w statystykę, tylko te najostrzejsze serpentyny. Podjazd na przełęcz miejscami sięga nachylenia 12,4%, a przewyższenie jakie musimy pokonać to aż 922 metry. Samochód miejscami nie „ciągnie” na dwójce, więc Skoda wymaga redukcji do jedynki i finalnie o godzinie 19:30 osiągamy przełęcz. Słońce powoli kładzie swoje ciepłe promienie na zimnych ścianach i choć czuć już wieczorny chłód, to na sercu jakoś ciepło. Było warto, jest pięknie! 

Masyw Nuvolau w promieniach zachodzącego słońca
Magic view
Ciepłe barwy
Charakterystyczny widok
Nasza „mała” dała radę 😉
Z Przełęczy Giau pozostaje nam wrócić do Cortiny, gdzie około godziny 21 meldujemy się na polu namiotowym. To był dzień pełen wrażeń, a trasa każdorazowo zaskakiwała nas widokami, podjazdami i unikalnością. Pojawiliśmy się tylko na pięciu przełęczach dostępnych asfaltem, ale w Dolomitach jest ich całe mnóstwo i z pewnością wrócimy tu na kolejny road trip. Z całego serca polecamy wszystkim amatorom dwóch i czterech kółek, bo choć trekkingi dają nam więcej ciszy i kontaktu z naturą, to objazdówki mają swój niepowtarzalny klimat 😈

A.P.

16.06.2019



2 komentarze:

  1. Pamiętam moje pierwsze spotkanie z Dolomitami.. Wszystko zachwycało :-) Fajna trasa, prawie na rozeznanie co, gdzie i jak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, za pierwszym razem zachwyca dosłownie wszystko :) Jazdę samochodem bardzo lubię, więc road trip po takich przełęczach musiał się udać.

      Usuń