Autostrada do nieba --> Samotnia i Śnieżka

To zaledwie nasza druga wizyta w Karkonoszach, a już jestem w nich zadłużona. Podczas majówki najpierw zdobyliśmy Śnieżne Kotły i Szrenicę, by po kilku dniach powrócić na górę najwyższą – Śnieżkę. Karkonosze dały nam się poznać z tej łagodnej strony i nawet sobie nie zdajemy sprawy, że ciężkiej to one nie maja 😉 Nie mniej jednak „z pokorą” podchodzimy do najwyższego szczytu i skoro świt ruszamy na trasę. Kilka minut po 7:00 znajdujemy się w Karpaczu i rozpoczynamy naszą wędrówkę przy Świątyni Wang, która jest kościołem ewangelickim żywcem przeniesionym z Norwegii i zarazem jedną z najpopularniejszych atrakcji Karpacza. 

Świątynia Wang i nasz cel – Śnieżka
Wejście na dziedziniec
Obieramy szlak niebieski i zmierzamy w kierunku Schroniska Samotnia, do którego czeka nas 1h 15 minut. Od początku maszerujemy szeroką brukowaną drogą - ni trudną, ni wymagającą, i do głowy by mi nie przyszło, że właśnie tą autostradą zdobędę dzisiaj szczyt. Szlak najpierw prowadzi lasem, by po 30 minutach na Polanie Bronka Czecha ukazać nam pierwsze widoki. Tam również znajduje się krzyżówka szlaków, ale my bez zastanowienia kontynuujemy wędrówkę kolorem niebieskim.

Autostrada
Polana Bronka Czecha
Dalej wciąż niebieskim
Wciąż maszerujemy brukowaną, szeroką drogą, wciąż wśród świerków i wciąż niewymagająco. Na szlaku nie widać żywej duszy i nawet kierowcy terenówek zjeżdżających z góry, wydają się być zaskoczeni obecnością istot dwunożnych. Na tym odcinku trafiają się dwa mocniejsze podejścia, ale odchodzą równie szybko, jak przychodzą i dalej podążamy już łagodnie wprost do domku myśliwskiego. Niestety po upływie 15 minut czeka nas rozczarowanie, bowiem szlak niebieski dalej jest zamknięty. Ale trafiliśmy… Okazuje się, dokładnie jak w Teplicach, że skały znajdujące się przy szlaku zamieszkuje sokół wędrowny, a raczej tam znajdują się gniazda z młodymi. Dalej nie pójdziemy, trzeba wrócić na drogę…

Ochrona sokoła wędrownego
Nieco niepocieszeni ruszamy dalej szeroką drogą w kierunku schroniska Samotnia. Odcinek przebiega bez zarzutów i trwa zaledwie kwadrans. Kiedy docieramy na miejsce najpierw w oczy rzuca nam się Kocioł Małego Stawu i kontrast jeziora z górskim zboczem. Schronisko natomiast z zewnątrz wydaje się malutkie, ale kiedy wchodzimy do środka wcale małe nie jest. Do tego jest niesamowicie klimatyczne, i ma w sobie to coś, że chcę tu jak najszybciej wrócić, tym razem na nocleg i ciepłą kawę nad jeziorem. Samotnia to najbardziej urokliwe schronisko w jakim kiedykolwiek byłam, a do tego od 1966 roku gospodarzem był Waldemar Siemaszko, który włożył w Samotnię całe serce i ducha gór. Niestety w 1994 roku zginął w wypadku samochodowym, a dzisiaj schroniskiem zarządza jego żona Sylwia. Co jednak najważniejsze ten niepozorny obiekt posiada aż 50 miejsc noclegowych w różnych pokojach, a ceny wahają się od 30-55zł w zależności od wielkości pokoju oraz sezonu. 

Mur górski
Kocioł Małego Stawu
Samotnia
Widok z okna
Magiczne otoczenie 💗
Po śniadaniu i odpoczynku ruszamy w dalszą drogę. Wciąż szlakiem niebieskim zmierzamy do następnego schroniska – Strzecha Akademicka, które rozmiarem jeszcze przebija Samotnię. Mijamy obiekt bez postoju, chociaż zapach smażonej kiełbaski, czy karczku nakłania do zawrócenia… Kolejne metry wzwyż zdobywamy wciąż brukowaną drogą, za najbliższy cel obierając sobie Spaloną Strażnicę. Na szlaku bez zmian - nie ma żywej duszy, a naszym jedynym towarzyszem są karkonoskie widoki. I wcale mi to nie przeszkadza 😁

Strzecha Akademicka
Rozdroże przy Spalonej Strażnicy
Niebawem wychodzimy na prostkę, zwaną Drogą Przyjaźni, z której pierwszy raz możemy spojrzeć w oczy Śnieżce. Zmieniamy znaki na czerwone, prowadzące nas po równinie, a ja wciąż przecieram gały ze zdziwienia, że ta autostrada prowadzi aż na sam szczyt… do nieba... Po 20 minutach relaksacyjnego spaceru znajdujemy się przy schronisku Śląski Dom, gdzie zaczyna porządnie wiać, a przed nami pozostaje ostatnie podejście. Nie ma na co czekać, ruszamy… 

Śląski Dom i Śnieżka
Na szczyt możemy dostać się dwoma ścieżkami – krótszą ale ostrzejszą, lub okrężną łagodniejszą. W górę wybieramy bramkę numer 1 i choć na chwilę czujemy kondycyjny wycisk. Podejście samo w sobie nie jest takie straszne, ale przeciskanie się między wolniejszymi osobnikami na dość wąskim odcinku, już zakrawa na dość upierdliwe. Ostatnie 1,5km pokonujemy w 25 minut i radośnie dołączamy Śnieżkę do naszej Korony Gór Polski, a góra ta jest zarazem najwyższym szczytem Sudetów oraz Republiki Czeskiej – 1602 m n.p.m. Na wierzchołku wiatr daje jeszcze mocniej popalić niż na podejściu, ale na szczęście świeci słońce, które trochę podgrzewa atmosferę. I trzeba się z tego warunu cieszyć, bowiem kapryśna to góra bardziej niż Babia i na cały rok przypada tu tylko 1,8% bezwietrznych dni, a średnia temperatura dobowa nie przekracza nigdy 10°C. Ja to generalnie porównuję Śnieżkę do Diablaka ze względu na upatrzone liczne podobieństwa. Kapryśne pogodowo to jedno, ponadto obie kopuły szczytowe pokrywa gołoborze, obie leżą na granicy dwóch państw oraz mają zbliżone wysokości. Obie zachwycają mnie zimą – odnośnie Babiej mogłam o tym przekonać się na własnej skórze, natomiast Śnieżkę podziwiałam do tej pory tylko na zdjęciach. Może kiedyś będzie mi dane poczuć jej lodowaty chłód na policzkach…? 

Podejście na Śnieżkę, w oddali Śląski Dom
Kopuła szczytowa i karkonoskie łańcuchy 😉
Po pamiątkowym foto z tabliczką zaczynamy zwiedzanie szczytu 😉 Na wierzchołku usytuowana jest stacja meteo z restauracją, kaplica św. Wawrzyńca, czeskie schronisko przypominające przeszklony wagon oraz górna stacja kolejki. Robimy rundkę dookoła, po czym wchodzimy na kofolę do czeskiego schronu. Widoki ze Śnieżki zdecydowanie nas nie powalają i podejrzewam, że jest sporo lepszych górek w Karkonoszach. Na szczycie nie zabawiamy zbyt długo, ponieważ jeszcze dziś musimy wrócić do Bielska. Także kofola wypita i sru w dół… 

Widok na Upską Jamę
Karkonoski Narodny Park
Pamiątkowe na szczycie
Ze szczytu schodzimy wspomnianą drugą stroną – okrężną, łagodną drogą. Gdyby pogoda dopisała dzień lub dwa wcześniej, to plan zakładał powrót do Karpacza przez Czarny Szczyt i Sowią Przełęcz, natomiast wizja 400km do domu zmusza nas do zmiany planów i powrotu drogą najkrótszą – czarną. Patrzymy ostatni raz w dal i schodzimy ze Śnieżki. Im jesteśmy niżej, tym robi się cieplej i oczywiście tłoczniej. Spokojnym krokiem zmierzamy do Śląskiego Domu, gdzie robimy przerwę na zupę i siku…w pancernej toalecie za 3zł 😮

Kopuła szczytowa od strony wschodniej
Ufo
Padła 😉
Śląski Dom
1400m n.p.m.
Czarny szlak, czyli Śląska Droga sprowadza nas obok górnej stacji kolejki linowej. Odtąd robi się nieco luźniej, ale i tak jesteśmy pozytywnie zaskoczeni ilością turystów, idących o własnych siłach w górę. Szlak jest wygodny, widokowy i zdecydowanie niewymagający. Po 20 minutach znajdujemy się przy rozstaju z wariantem żółtym, prowadzącym do Strzechy Akademickiej, natomiast my bierzemy ostry zakręt w prawo i wciąż szlakiem czarnym kierujemy się prosto do Karpacza. 

Widokowy odcinek
Od tego momentu podążamy lasem, dość stromo w dół i jesteśmy pełni podziwu dla tych, co cisną tędy w górę. Nasza droga na szczyt była okupiona zdecydowanie mniejszym wysiłkiem. Po 35 minutach znajdujemy się na Rozdrożu Łomnickim i odtąd wygodnym chodnikiem zmierzamy do Karpacza na obiad. Nota bene trafiamy do pysznej knajpki – Jagodowy Zakątek, więc z pełnymi brzuchami możemy zmierzać do samochodu, a następnie do domu. Nie spodziewamy się tylko, jak ostro pod górę będziemy musieli brnąć, by znaleźć się z powrotem przy Świątyni Wang. Czuję, że spaliłam cały przed chwilą wchłonięty obiad 😧 Po 30 minutach finalnie docieramy do celu, mijając jeszcze po drodze restauracje z kuchnią gruzińską, do której koniecznie muszę zajrzeć przy następnej okazji. Teraz już wracamy do domu, ale Karkonosze niebawem odwiedzę ponownie – będzie zima i będzie Samotnia 😊

Było z rana, jest i z popołudnia
Świątynia Wang
A.N.
04.05.2018


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz