Połonina Wetlińska – druga szansa

Ostatni dzień w Bieszczadach nie napawa optymizmem. Właściwie nie smucę się, że to koniec, tylko nie mam już ochoty iść w góry. Niepodobne to do mnie i dziwaczne, ale takie dziwy nastały, że Bieszczady mi się znudziły i zupełnie wtedy nie wiedziałam dlaczego. Przecież ta bieszczadzka jesień jest taka piękna, a mnie ciągle czegoś brakuje. Czuję się jakbym zwariowała, nie doceniam chwili, nie doceniam tego co mam, nie czerpię z pełni dnia. Nim zacznę opowieść o wędrówce jeszcze tylko dodam, że doceniłam to wszystko w domu, kiedy przeglądałam zdjęcia i słyszałam w głowie szelest traw, kiedy zobaczyłam idealną, rudą Wetlińską. Dopiero wtedy doceniłam wszystko co miałam, wszystko co bezpowrotnie uciekło…

Jak mogłam nie docenić…
Wędrówkę zaczynamy w centrum Wetliny, tym razem bez samochodu idziemy z buta prosto na szlak. Oczywiście Wetlińską również zaliczyliśmy w zeszłym roku latem, więc dokładnie wiemy jak będzie przebiegać dzisiejsza trasa. Wtedy pogoda kompletnie się nie udała, ponieważ brakło promieni słońca, a dziś szczerze mamy ochotę na solidną powtórkę i szansę na odkupienie win 😉 Ruszamy żółtym szlakiem na Przełęcz Orłowicza, a tabliczki zapowiadają 2h 15 minut marszu. 

Wetlina o poranku
Żółty szlak początkowo prowadzi między domami drogą jezdną, by po chwili wyjść na rozległe polany rozciągające się nad Wetliną. Poranek jest piękny, a błękitne niebo zapowiada wyborny dzień. Ścieżka prowadzi nas delikatnie w górę, cały czas ukazując Połoninę Wetlińską - kolorową, pochłoniętą jesienią. 

Idziemy na Wetlińską
Za nami
Niebawem docieramy do granicy lasu i tym samym wchodzimy do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Droga prowadzi umiarkowanie w górę, a dzień robi się coraz cieplejszy. Jesień wydobywa się zewsząd, a na szlaku poza nami pojawiają się dwie dziewczyny. Ciśniemy do góry nie tracąc czasu na zbędne postoje, dopiero po upływie 1h 10 minut zatrzymujemy się w altance na śniadanie. 

Śniadanie na łonie natury
Po krótkiej przerwie kontynuujemy wędrówkę  wąską ścieżką, która przecina skalny masyw i powoli wyprowadza nas z głębi lasu. Jak się okazuje jesteśmy nieopodal Przełęczy Orłowicza, a trasa przewidziana na ponad 2 godziny zajęła nam zaledwie 1,5h. Kondycja wypracowana 💪 Na przełęczy, a co za tym idzie również na grzbiecie niesamowicie wieje, więc niemal natychmiast zakładamy kurtki, co by nas nie przewiało, zwłaszcza że na tym wyjeździe jestem szczególnie narażona na tego typu akcje. Robimy zdjęcie, spoglądamy na lewo i ruszamy czerwonym szlakiem na Smerek. Wiatr wiatrem, ale pogoda wyborna! 

Tuż pod przełęczą
Widok z Przełęczy Orłowicza na południe
Tam na Smerek
Pamiątkowe od niechcenia
Na Smerek czeka nas zaledwie 20 minut wędrówki, które przy silnym wietrze pokonujemy dokładnie w takim czasie. Marsz nie należy do najprzyjemniejszych, ponieważ potężne podmuchy usilnie próbują zepchnąć mnie z grzbietu, więc muszę włożyć jeszcze więcej energii w zwyczajną czynność. Zaczynam nie najlepiej się czuć, pewnie dopadają mnie skutki ostatniego tygodnia, co nie jest dobrą informacją. Kiedy docieramy na szczyt, najpierw siadamy na północnych zboczach Smereka, żeby schować się przed wiatrem i dopiero później zdobywam się na „odwagę” do zdjęć. Przebywamy tylko na wierzchołku niższym, drugi zamknięty dla turystów pozostawiamy w spokoju, a w tym wietrze najzwyczajniej nie chce mi się tam iść…

Smerek – szczyt
Zadowolona
Widok na południe
Krzyż na szczycie
Widok na zachód
Po szybkim odpoczynku ruszamy z powrotem w kierunku Przełęczy Orłowicza, a w zamiarze dalej szlakiem czerwonym przez grzbiet połoniny, aż do Chatki Puchatka. I tak po 20 minutach mijamy przełęcz i lecimy dalej pośród falujących traw, spalonych słońcem. Połonina Wetlińska jest drugim co do wielkości (ale nie wysokości) masywem połonin bieszczadzkich i ciągnie się aż 12km, które mamy zamiar dziś pokonać. Podczas wędrówki obserwujemy charakterystyczną jej budowę – strome południowe zbocza oraz delikatne północne. Całość otulona wiatrem tworzy niezapomniany klimat. 

Falujące trawy
Smerek widziany z grzbietu połoniny
Obecnie podążamy grzbietem Szarego Berda, które naprzemiennie wznosi się w górę, by po chwili opadać w dół. Odcinek ten jest osłonięty od wiatru, co w połączeniu z promieniami słońca w mgnieniu oka nas rozgrzewa. Pogoda dzisiaj jednak jest zmienna, ponieważ już za moment na niebie pojawiają się chmury i robi się chłodno. Po 45 minutach docieramy w okolice Hnatowego Berda, którego urwiska opadają do Wetliny. Po lewej wśród wychodni skalnych postanawiamy zjeść śniadanie. 

Smerek i Szare Berdo
Hnatowe Berdo i Smerek
Po krótkiej przerwie cieplej się ubieram, ponieważ solidnie zaczynam odczuwać zalążki przeziębienia. Na Osadzki Wierch, który jest najwyższym dostępnym znakowanym szlakiem punktem połoniny docieramy po 5 minutach. Wzniesieniem najwyższym jest leżący nieopodal Roh (1255m n.p.m.), jednak jego ścieżka turystyczna omija. Z Osadzkiego Wierchu doskonale widać naszą dalszą trasę włącznie z Chatką Puchatka, która jest punktem kulminacyjnym. 

Osadzki Wierch
W stronę Chatki Puchatka i Caryńskiej
Do schroniska PTTK, czeka nas jeszcze godzina wędrówki grzbietem. Po tej stronie połoniny ruch turystyczny jest zdecydowanie intensywniejszy, a cisza i szelest bezpowrotnie uciekają wśród zgiełku. Trochę bez humoru podążam do chatki, bo już nie mam ani siły, ani ochoty. Coś na koniec łapię dziwnego doła, może to z przeziębienia, a może ten dziwny stan, o którym pisałam na początku. Teraz wiem, że nie doceniłam chwili która trwała, nie doceniłam tego, co miałam. 

Ostatnia prostka do Chatki
Za nami Osadzki Wierch i Roh
Kiedy docieramy do Chatki Puchatka na wstępie idziemy odetchnąć do środka, po czym wychodzimy na zewnątrz powygrzewać się w słońcu. Oddycham, wyłączam się i rozmyślam. O tym tygodniu spędzonym na Podkarpaciu, o tych kilku dniach pośród bieszczadzkiej jesieni. I do teraz pojąć nie mogę, dlaczego wtedy chciałam wyjechać, dlaczego zamiast głęboko oddychać cichym powietrzem, pragnęłam wsiąść do samochodu i opuścić Bieszczady. Nie wiem…  Chyba ten wiatr wywiał mi mózg 😜

Caryńska widziana z Hasiakowej Skały
Niebawem szykujemy się do zejścia i wybieramy wariant najkrótszy, czyli żółtym szlakiem do Przełęczy Wyżniej, a stamtąd busem lub jak co dzień stopem. Drogę pokonujemy w 30 minut przy ciepłym jesiennym powietrzu, trochę już w lepszym humorze. Przed przełęczą zatrzymujemy się jeszcze na chwilę przy pomniku ofiar gór i ratowników, po czym docieramy do drogi jezdnej. 

Ofiarom gór i ratownikom niosącym pomoc
I w ten sposób kończymy bieszczadzką przygodę i zmieniamy rejon naszego wypoczynku. Nie będzie zakończenia, bo znalazło się ono wyjątkowo na początku, więc pozostaje mi tylko wspominać tych kilka chwil…

A.N.

19.10.2017



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz