Bieszczadzkie rudzielce - wredne czy jednak sympatyczne…? [Szeroki Wierch, Tarnica, Bukowe Berdo]

Po słonecznym, bezchmurnym dniu w Bieszczadach Niskich jesteśmy optymistycznie nastawieni na wędrówkę po Bieszczadach Wysokich. Dużo słyszałam, jak jesienią pięknie prezentuje się Bukowe Berdo i właśnie tam nas ciągnie, tyle że przy okazji chcemy jeszcze zaliczyć Szeroki Wierch i Tarnicę. Poranek jest ponownie rześki, niebo cudownie przejrzyste, więc udajemy się do Ustrzyk Górnych, by stamtąd ruszyć w góry. Wędrówkę rozpoczynamy o 7:15 i obieramy szlak czerwony, który początkowo prowadzi drogą główną, a potem skręca w prawo również na drogę jezdną. Maszerujemy szybkim krokiem wśród drzew, by rozgrzać się pomimo rześkiego powietrza. Po 20 minutach wchodzimy do Bieszczadzkiego Parku Narodowego i kontynuujemy wędrówkę po równym podłożu. 

Pierwszy cel za 2,5h
Początkowy marsz po drewnianym podeście nieuchronnie dobiega końca, a teren zmienia swoje nachylenie, jakże by inaczej w górę. Idziemy pięknym bukowym lasem, który mieni się setką odcieni od żółci, przez czerwienie, zielenie i brązy. Podejście jest niewymagające, więc spokojnie i miarowo przyzwyczajamy organizm do wysiłku, którego w ostatnich miesiącach nie brakowało, jednak była to zupełnie inna aktywność aniżeli górska. 

Buczyny
Po upływie około 1,5h wreszcie wyłaniamy się z lasu, a otwarty teren wita nas błękitnym niebem i pierwszymi promieniami słońca. Klimat jest niesamowity, zwłaszcza że połonina połyskuje złotym kolorem, a spalone słońcem trawy charakterystycznie szumią na wietrze. Teraz czuje moc jesiennych Bieszczadów - chłodne z zewnątrz, ale wystarczy promień słońca, by ich natura otworzyła swoje ciepłe ramiona. Postanawiamy skorzystać z okazji i wśród tych niesamowitych okoliczności przyrody skonsumować śniadanie. 

Tak wstaje bieszczadzki dzień
Kolory jesieni
Połonina na grzbiecie Szerokiego Wierchu
Widoki
Niebawem ruszamy dalej czerwonym szlakiem, który prowadzi grzbietem Szerokiego Wierchu. Pogoda niekoniecznie chce z nami współpracować, ponieważ rusza się dość silny wiatr, a przed nami nadciąga złowroga niska chmura. Co jest? Gdzie ten błękit nieba? Ścieżka po miękkim podłożu aktualnie wznosi nas coraz wyżej, ale w tym wypadku wyżej wcale nie oznacza lepiej. W końcu wchodzimy w to mleko i znikamy w nim niczym Alicja w króliczej norze… 

Wąska ścieżka prowadzi w górę, a za nami Bukowe Berdo
Znikamy w mgle
Czy my aby na pewno chcemy tam iść…?
Dzielnie maszerujemy dalej w tej mgle, spychani coraz mocniej w kierunku północnym przez zimny i silny wiatr. Z ledwością zaciągam małe hausty powietrza, mocno stawiam kolejne kroki, ale nie oszukujmy się – ta wędrówka nie należy do przyjemnych. Po około 45 minutach walki osiągamy najwyższy szczyt połoniny, w zasadzie nie będąc do końca tego faktu pewnym. No bo tabliczki brak, a rozeznania w terenie w tej mgle tym bardziej. No i robimy sobie pamiątkowe foto trochę na oślep, po czym spadamy dalej, co by wśród tej dziczy nie zamarznąć. Oj wredny ten rudzielec, wredny…

Jedynym punktem zaczepienia, że to szczyt jest trójkącik na betonowym słupku
Ruszamy dalej wdrapując się na kolejne wzniesienie i na próżno wypatrując szczytu Tarnicy, która w zasadzie powinna być tuż przed nami. Mijamy samotną turystkę, która właśnie zastanawia się, czy już nie przeoczyła najwyższego szczytu Bieszczadów, ale zapewniamy ją, że na pewno nie – najpierw musi być przełączka. I tak po kwadransie docieramy na ową przełączkę, która wita nas szaleńczym wiatrem i wcale nie zachęca do zdobycia Tarnicy. Ale co tam… ciśniemy dalej.

Szału nie ma…
Odtąd maszerujemy żółtym szlakiem doskonale nam znanym z zeszłorocznej wędrówki. Powoli stawiamy kroki na kamieniach zroszonych poranną mgłą, a trawersując zbocze góry nie odczuwamy podmuchów wiatru. Z każdym krokiem niestety jest zimniej i mniej przyjemnie, aż po 15 minutach zdobywamy szczyt i spośród chmur wyłania się krzyż. Siadamy skuleni na ławce i czekamy niczym na cud, choć pojawia się momentami nadzieja na takowy. Chmury nieco się podnoszą, robi się jasno, nieśmiało padają promienie słońca, po czym wszystko przewiewa wiatr i znów nastaje mrok i ciemność. 

Nadzieja…
I dupa 😉
Po szybkiej konsumpcji kanapki oraz wypiciu kubka herbaty postanawiamy zawijać, bo prędko nic lepszego tu nie będzie. Wracamy z powrotem do przełączki, po czym skręcamy w prawo na szlak czerwono-niebieski, który najpierw nas sprowadzi do Przełęczy Goprowskiej. Już pod chwili zaczyna coś się dziać, albo po prostu uciekamy z tej beznadziejnej chmury wiszącej nad Tarnicą i w końcu ukazuje się nam trochę sympatycznych rudości. 

Opuszczamy Tarnicę
Coś się dzieje…
Jegomość Krzemień
A już po chwili żyleta :D
Naszym najbliższym celem jest wszakże Przełęcz Goprowska, ale dalej oczywiście lecimy na Krzemień i Bukowe Berdo, które wygląda na to, że nas rozpieści. O ile cały pas Szerokiego Wierchu i Tarnicy był wredny i nie współpracował, o tyle od przełęczy rysuje się miód, malina. I w tych ciepłych promieniach słońca zatrzymujemy się przy altance, by rozgrzać ciało zmarznięte do szpiku kości. Jak przyjemnie…

Bukowe Berdo
Widział ktoś chmury…?
Po naładowaniu baterii słonecznych ruszamy w kierunku Przełęczy Goprowskiej, którą osiągamy po niecałych 10 minutach. Stąd walimy prosto na Krzemień, a podejście czeka nas strome, żmudne i kondycyjnie wypruwające… Ale takie właśnie góry ja lubię, a dla utrudnienia łażę sobie w sukience 😜

Przełęcz Goprowska
Za nami Tarnica i Tarniczka
Nowa górska moda 😜
Podejście jest doskonałym treningiem dla pośladków i ud, ponieważ jest niczym innym jak wchodzeniem po schodach. Bartek dzielnie maszeruje z kijami, ja natomiast zamiast kijów mam w rękach sukienkę, więc mogę liczyć wyłącznie na siłę własnych mięśni. Wdech, wydech i cisnę w górę, podziwiając przy tym rude, łagodne połoniny, które jeszcze nie tak dawno wrednie prowadziły nas przez mgły… 

No cudo!
Szeroki Wierch
Za nami Tarnica i schody
Po 40 minutach osiągamy Krzemień, który jest drugim co do wysokości szczytem Bieszczadów i plasuje się na podium w tak zacnym gronie jak Tarnica i Halicz. Niegdyś szlak prowadził całym jego grzbietem, jednak Park Narodowy zlikwidował szlak, podobno ze względu na niszczenie unikalnej przyrody przez turystów. Na Bukowe Berdo pozostaje stąd już zaledwie 10 minut, lecz my rozsiadamy się właśnie tutaj, by podziwiać widoki na rude otoczenie. Muszę przyznać, że Krzemień jest jednym z moich ulubionych szczytów w Bieszczadach i lubię tu wracać. Teraz pozostaje zima...

Krzemień zdobyty 😉😀
Z widokiem na Bukowe Berdo
Śniadanie przewidujemy już na najwyższej kulminacji Bukowego Berda, więc ruszamy spokojnym krokiem w tym kierunku. Szczyt osiągamy szybko i choć znowu na nim wietrznie, to całkiem przyjemny ten wiatr w południe. Podziwiamy panoramę na Tarnicę, Halicz, dolinę Sanu i Ukrainę. Ruch turystyczny jest umiarkowany, więc możemy się również nasycić ciszą, a jak dobrze pójdzie to słychać tylko wiatr. 

Bukowe Berdo jesienią onieśmiela
Po odpoczynku zawijam kiecę i dalej szlakiem lecę. Niebieska farba prowadzi nas grzbietem połoniny Bukowe Berdo i muszę przyznać, że jest to najpiękniejszy odcinek całej naszej dzisiejszej wędrówki. Nie tylko widok jest niesamowity, ale i przyroda, jak i pogoda. Robi się przyjemnie ciepło, a wiatr delikatnie nam przypomina, że jest październik. Przejście całego grzbietu przewidziane jest na nieco ponad godzinę i wolnym tempem faktycznie tyle zajmuje. No bo jak tu iść szybciej, kiedy wokół takie cuda… 

Bukowe hipnotyzuje
Ścieżka wśród złocistych traw
Za nami…
Na rozstaju szlaków
Na rozstaju przy końcu połoniny większość wędrowców idzie w kierunku Mucznego, natomiast my wciąż szlakiem niebieskim kierujemy się do Pszczelin, gdzie czeka nas 2 godziny marszu. Stamtąd do samochodu pozostanie nam 6 kilometrów asfaltem, ale po cichu liczymy że złapiemy autobus lub stopa. Póki co wciąż podążamy połoniną, teraz już w zupełnej samotności, a po kwadransie znikamy w bukowym lesie, gdzie ścieżka tonie w morzu kolorowych liści. 

Jeszcze grzbietem
Rudości
Powoli do lasu…
Odtąd czeka nas spore zejście, ponieważ z 1201m n.p.m. musimy znaleźć się na 585m n.p.m. Początkowo szlak trawersuje zbocza Berda, po czym umiarkowanie równym terenem prowadzi przez las. Kolejny odcinek szybko traci wysokość, zejścia są strome, a na liściach trzeba uważnie stawiać kroki. Pierwsza połowa drogi należała zdecydowanie do przyjemniejszych, ponieważ później jest już tylko gorzej. Szlak zamienia się w drogę do zwózki drzewa, a że ostatnio sporo polało to jest jedną, wielką kupą błota. Musimy iść naprawdę ostrożnie, tak by nigdzie nie wyrżnąć i jeszcze w dodatku nazbyt się nie uwalić, no bo kto nas na stopa weźmie…?! Po bitych dwóch godzinach wszystko na szczęście dobrze się kończy, no i my kończymy tę wędrówkę w Widełkach. Ruszamy żwawo asfaltem w kierunku Ustrzyk Górnych, lecz nie jest nam dane iść zbyt długo, ponieważ pierwsze auto zgarnia nas do środka i zawozi wprost na parking.
Dzisiejsze Bieszczady Wysokie, choć początkowo były wredne, to później okazały się bardzo sympatyczne i dały z siebie wszystko. Bukowe Berdo nieskromnie uważam za TOP1 jesienią w Bieszczadach, a kto nie był ten zwykła trąba 😉 Mnie ta wędrówka oczarowała i najchętniej siadłabym na jednej ze skalnych formacji tej połoniny i została tam, aż zgasną ostatnie, ciepłe promienie słońca, przyjdzie zimna, jesienna noc i utuli mnie do zimowego snu. Bukowe Berdo po raz kolejny mnie hipnotyzuje i nie skłamię mówiąc, że się w nim zakochałam na amen. Przepadłam…

A.N.

17.10.2017


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz