Słowacki trip na Diablak

Diablak to taka góra trochę dla nas sentymentalna, trochę ulubiona, trochę magnetyzująca. Bywamy na niej przynajmniej raz w roku, ale staramy się nieco urozmaicać, a mianowicie zdobywać ją od innej, nieznanej nam strony. W tym roku, w ciepły letni dzień pada na słowacki trip od Slanej Vody, czyli pokaźną, prawie 30-kilometrową pętlę.
Wyprawa na Słowację wydawać się może daleka, ale wbrew pozorom mamy tam bliżej samochodem niż na Krowiarki. Wyjeżdżamy o 5:30 z Bielska, a już godzinę później stawiamy pierwsze kroki na żółtym szlaku. Pogoda dzisiaj miała być żyleta, ale póki co nie napawa optymizmem… Zaczynam się obawiać.

Tak sobie…
Powiadają, że na Babią 3h 25min
Na początek podążamy szeroką, płaską drogą, zwaną Hviezdoslavovą Aleją (to się odmienia..?😜). Idziemy wśród polan i drzew, a po naszej prawej powoli wschodzi słońce, rozgrzewając nas w ten chłodny, letni poranek. Zaczyna tlić się w nas nadzieja, że pogoda zmierza ku poprawie i faktycznie tak się staje. Wciąż podążamy bitą drogą, a potem nawet asfaltową i finalnie po 40 minutach docieramy na polanę przy Gajówce Hviezdoslava. Miejsce dość urokliwe, a przede wszystkim widokowe, bo rok temu w maju mieliśmy okazję obserwować stąd mleczykowe pole i genialny widok na Tatry. Dziś widoku nie ma, ale sobie go wyobrażam i też jest fajnie 😉

Aleja Hviezdoslavova – myślałam, że będzie ładniejsza
Robi się pogoda
Lajtowo
Gajówka Hviezdoslava
Coś tam widać
Bez chwili odpoczynku ruszamy dalej, tym samym skręcając w lewo i kontynuując wędrówkę żółtym szlakiem. Na Diablak wciąż pozostało 2h 40 minut drogi, a szlak kojarzymy co nieco właśnie z maja 2016, ponieważ nim schodziliśmy. Tak więc na początek czeka nas krótki odcinek wąską, leśną ścieżką, by niebawem ponownie wyprowadzić nas na szeroką drogę po luźnych kamieniach. Odtąd podejście nabiera na sile, ale wciąż jest umiarkowane i przyjemne. To co zachwyca to pogoda – nagle wszystkie chmury z nieba niewiadomo gdzie znikają, a letnie promienie słońca w mgnieniu oka nas rozgrzewają. Teraz naprawdę czuć że jest sierpień 😀

Kierunek może być tylko jeden!
Pogoda żyleta
Niebawem wchodzimy w strefę cienia i przyjemnego zapachu świerków. Krótki odcinek trawersem nieco nas rozleniwia, by po chwili czekało nas intensywne podejście. Moc jest na szczęście z nami i z dobrą kondycją ciśniemy ochoczo w górę. Las niebawem gdzieś umyka, a my otwartym terenem zaczynamy odczuwać pierwsze syndromy upalnego lata… Tego bym się w sierpniu zupełnie nie spodziewała 😜 Na szlaku spotykamy grupę wędrowców i po 30 minutach docieramy do miejsca wypoczynku z lunetą. Widoczność nie jest jednak rewelacyjna, więc robimy łyka wody i pomykamy dalej w górę.

Podejście przez las
Z wieży widokowej
Potem już jest tylko lepiej. Kamienny dukt wyprowadza nas na dobre ponad granicę lasu i od teraz możemy w końcu obserwować rozległą panoramę. Na szlaku jest masa miejsc do odpoczynku i właśnie przy jednym z nich postanawiamy uzupełnić kalorie. Kanapka i woda działają zbawiennie, a niebawem dogania nas grupka Słowaków, których mijaliśmy jakiś czas temu. Wchodzimy w piętro kosówki i borówczysk, a żółta droga wciąż wznosi się w górę po luźnych kamieniach. Szlak jest suchy, powietrze ciepłe i nawet nie ma śladu po wietrze. Czy my aby na pewno idziemy na Babią Górę? 😏 

Z widokiem na Pilsko
Piętro jagódek :D
No i nawet zarys Tatr widać
Po upływie około 2h 30 minut powoli wyłania się przed nami wierzchołek Diablaka. Ileż to razy Babia pokazała nam swoją kapryśność, ile razy nas migiem przegoniła ze szczytu, ale dziś…? Dziś to jest genialnie – ciepło, bezwietrznie i soczyście 😃 Zdobywamy szczyt powoli, delektując się każdym krokiem i powoli zbliżając się do celu. Podejście od Slanej Vody jest pod tym względem rewelacyjne. Niby 2,5h marszu, ale kompletnie nie czuć zmęczenia.

Ostatnia górka
My Way To Heaven
Kopuła szczytowa
Około 10:00 docieramy na szczyt i znajdujemy miejsce na nasłonecznionym murku, gdzie możemy się porządnie zrelaksować. Trafiamy również na Babiogórski Bieg o swojskiej nazwie „Chaszczok”, który mierzy 10 kilometrów z łącznym przewyższeniem 1250m i 2-godzinnym limitem. No wielki szacun dla zawodników, bo to nie byle co wbiec od Zawoi na Babkę, a najlepsi dokonują tego nawet w godzinę 😮 My sobie spokojnie siadamy i obserwujemy śmiałków, który dobiegają jako pierwsi, ale nie powiem że kusi takie wyzwanie, oj kusi 😊

Szczytowanie :D
Niepozorny podbieg z Przełęczy Brona
Meta
Po solidnym odpoczynku zawijamy się ze szczytu w kierunku Przełęczy Brona, czyli czerwonym szlakiem grzbietowym, który jest nadzwyczaj wygodny i widokowy. Mijamy jeszcze sporo biegaczy, których wszyscy mocno dopingują. Wciąż jest ciepło i przyjemnie, więc droga nie nastarcza nam żadnych trudności. Szlak wije się wśród kosówki, a do Przełęczy docieramy już w 40 minut. 

Szlak grzbietowy
Na szczycie tłumy
Po drodze
Masyw widziany z czerwonego szlaku
Mosorny Groń i Polica
Przełęcz Brona
Tam zmierzamy…
Kolejnym naszym celem jest oczywiście Mała Babia Góra, zwana Cylem, którą ostatni raz odwiedziłam, nie pamiętam kiedy… Zmieniamy szlak na zielony, który prowadzi również widokową ścieżką, ale upał nie ułatwia nam wędrówki. Widok na masyw Babiej Góry na szczęście daje nam pretekst do zaczerpnięcia oddechu i zrobienia zdjęcia. Na tym odcinku robi się już powoli pusto, bo większość turystów i biegaczy odbiła do schroniska na Markowych Szczawinach. Na wierzchołku stajemy po 20 minutach i zupełnie sami rozkładamy się na kopule szczytowej wśród kosodrzewiny. Widok jest piękny, a my napawamy się ciszą i samotnością, której rzadko można doświadczyć na jej starszej siostrze. Cyl jest jednym z przyjemniejszych miejsc w Beskidach.

Widok na masyw Babiej ze szlaku zielonego
Droga na szczyt
Mała na Małej ;)
Patrzymy w niebo
Tam my byli
Po odpoczynku ruszamy w dalszą drogę. Ciągnie mnie niezmiernie na wprost szlakiem zielonym ku Mędralowej, gdzie jeszcze mnie nie było, ale skręcamy jednak na szlak czerwony z powrotem do Orawskiej Półgóry, który również będzie dla nas czymś nowym. Na początek wąska ścieżka prowadzi wśród borówek, by potem szybko schować się w lesie i wprowadzić nas w magiczny świat świerków i paproci. Robi się chłodno i przyjemnie, a ta wszechobecna zieleń wpływa kojąco na… wszystko. Podobają mi się takie szlaki, niby banalne, a jednak mają coś w sobie intrygującego.

Początkowo wciąż widokowo
Wchodzimy z zaczarowany las
Podłoże jest miękkie i wygodne, czas jakby spowalnia, a my sami pośród tej zielonej puszczy z każdą minutą tracimy wysokość. Całość trasy przewidziana jest na 2h 30 minut, jednak po 1,5h wychodzimy już na asfaltową drogę, która mogłaby się wydawać wygodną opcją. I prawie by tak było, gdy nie fakt, iż jest naprawdę upalnie, a żar jakby klei się do asfaltu, nie dając na tym odcinku praktycznie żadnego cienia. Wtedy już chyba udar mi się udziela, bo nogi zmęczone, a ja zaczynam podbiegać 😉 Na szczęście po 30 minutach nasza męka dobiega końca, gdy w zasięgu wzroku mamy Chatę w Slanej Vodzie. Jednak na trasie coś jeszcze przykuwa naszą uwagę. Jak się okazuje tuż przy szlaku znajduje się torfowisko, które urzekło nas przy okazji wizyty w Bieszczadach. Postanawiamy sprawdzić, jak tutaj się prezentuje i pewnie delektowałabym się jego pięknem i cykaniem świerszczy, jednak nie dość, że jest niemiłosierny upał, który pośród krzaków jest jeszcze bardziej uciążliwy, to z oddali dochodzi głośna muzyka. No cóż, może innym razem… 

Torfowisko – SK Raselnisko
Trochę cienia
Niby dziko, a spokoju brak
Mchy
Niebawem docieramy do samochodu i szybko ruszamy w kierunku chaty po zimną kofolę 😋 Bierzemy głęboki wdech i podsumowuję w głowie cały dzisiejszy dzień w górach. Trasa szczerze i praktycznie jest zajebista! Nie jest wymagająca kondycyjnie, wszakże do najkrótszych nie należy, ale najzwyczajniej jest przyjemna, a przede wszystkim widokowa. Odcinek graniczny między „babkami” cud-miód, a od Brony aż do Slanej Vody cisza, spokój i kontemplacja. Dla mnie trasa ma wszystko, czego szukam w górach, więc z całego, górskiego serducha polecam 💗

A.P.
05.08.2017



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz