Przełęcz Łupkowska - pechowe Bieszczady Niskie


Kiedy wstajemy rano i jemy śniadanie, w Wetlinie doskonale widać błękit nieba wyłaniający się spod osłony nocy. Uzbrojeni w plecaki wychodzimy na zewnątrz, gdzie czuć, jak wciąż rześkie powietrze powoli rozgrzewane jest przez ciepłe promienie słońca. Pora udać się do Nowego Łupkowa, skąd rozpoczniemy dzisiejszą wędrówkę przez Bieszczady Niskie. Podążamy samochodem nieco dziurawą drogą pośród przepięknych krajobrazów, poranne mgły spowijają łąki, a niebo jest wolne od wszelakich chmur.

Poranny krajobraz
Cisza spowita mgłami
Po niecałej godzinie podróży - około 8:00, pojawiamy się na miejscu, gdzie odnajdujemy bez problemu szlak niebieski. Gładko nam poszło, więc zarzucamy ochoczo plecaki i ruszamy w nieznane, śladami historii. Teraz co prawda znajdujemy się w Nowym Łupkowie, jednak naszym celem jest dawna wieś Stary Łupków, w której obecnie położonych jest zaledwie kilka domów, schronisko turystyczne oraz stacja kolejowa.

Nowy Łupków
Stacja Nowy Łupków
Klimatycznie
Wędrówkę rozpoczynamy przy klimatycznej stacji Nowy Łupków, która choć nieczynna ma w sobie coś nostalgicznego. Może te tory, stary pociąg, a może to tylko moja ckliwa natura. Idziemy szlakiem niebieskim, który początkowo prowadzi szeroką drogą wśród drzew. Jesienny, poranny krajobraz napawa optymizmem, jednak musimy być czujni, bo szlak jest ledwo widoczny na drzewach. W zasadzie wcale nas to nie dziwi, ponieważ niewielu wędrowców zapuszcza się w te rejony, to i trasy pewnie zaniedbane. Podążamy wolnym krokiem początkowo szutrem, mijamy paru miejscowych, grzybiarkę, a potem idziemy już przez łąki, czasem stąpając po błocie, a czasem po zroszonej trawie. Natura wokół nas jest niesamowita i nawet podejście przed nami wydaje się być nieistotne przy otaczającym je krajobrazie.

W górę przez polanę
Krajobraz
Niekończące się polany
Cały czas podążamy przez rozległą łąkę usilnie szukając szlaku, który zniknął jakiś czas temu. Po 40 minutach nagle pojawia się na drzewie, co niezmiernie nas cieszy. Skręcamy znacznie w lewo i odtąd lasem, po zdecydowanie podmokłym terenie kontynuujemy wędrówkę. Szlak jest wyjątkowo nieuczęszczany i zarośnięty, a w dodatku idziemy w dół. Dziwi nas to nieco, zwłaszcza kiedy wpadamy na mijaną we wsi grzybiarkę. Miejscowa chyba zna jakiś skrót, no bo jakim cudem by nas łyknęła po drodze…? Niestety niebawem okazuje się, że nie znała skrótu, bo nagle znajdujemy się ponownie na stacji w Nowym Łupkowie, czyli po prostu chodzimy w kółko… 😡 Biorę głęboki wdech, spoglądamy na znaki, na mapę i co się okazuje - przebieg szlaku musiał zostać zmieniony jakiś czas temu, my poszliśmy tym starym i tam gdzie się łączyły, zamiast pójść prosto, my skręciliśmy na nowy. Co za cholerny pech! Pech No1…
Nie poddajemy się jednak. Naprędce analizuję mapę i postanawiamy zrobić pętlę od tyłu, czyli wkraczamy na szlak, którym w zasadzie mieliśmy wracać. Zmieniam szybko w głowie przebieg trasy i odtąd asfaltem, a następnie szutrem podążamy do nieistniejącej wsi Łupków.

Przyjemna droga do Starego Łupkowa
Jesienny krajobraz
Droga prowadzi wśród malowniczych polan i kolorowych drzew, a w oddali delikatnie rysują się bieszczadzkie wzniesienia. Jest cicho, nikogo nie ma w pobliżu, a słońce na dobre się rozkręca. Właściwie w ogóle nie czuć, że mamy październik – jest pięknie niczym w letni, ciepły dzień. Po 40 minutach docieramy do rozstaju szlaków i pomimo że nasz główny cel wymaga wędrówki na wprost, to my na przekór skręcamy w lewo, a wszystko po to by dotrzeć na koniec świata, a raczej usytuowanej tam chaty. Jesteśmy niezmiernie ciekawi, co kryje się pod tą nazwą.

Malownicze polany
Na rozstaju
Odtąd podążamy nieco podmokłym terenem, mijając po lewej stary cmentarz, a wokół słychać tylko cykanie owadów. Idziemy powoli, nigdzie się nie spiesząc i konsekwentnie wchodząc w ten bieszczadzki klimat, który oczarował nas w zeszłym roku. Tu, w Bieszczadach Niskich jest jeszcze spokojniej. Niżej, mniej wyniośle, za to bardziej dziko i swojsko. Po 10 minutach marszu stajemy przy tabliczce „Koniec Świata” i dostrzegamy za krzakami chatę, ponoć ostatnie takie miejsce w Bieszczadach. Drewniany budynek rzeczywiście położony jest w klimatycznym otoczeniu, popularnie zwanym zadupiem 😉 Poza nami przed chatą siedzą tylko gospodarze, z którymi zamieniamy parę słów i wracamy na szlak. Schronisko w Łupkowie jest w pewnym sensie charakterystyczne, jednak nie urzekło mnie nadzwyczaj, a może nie tyle miejsce, co specyficzni ludzie, przy których wypadliśmy jak nowoczesne "pokolenie endomondo” 😉

Stary cmentarz
Koniec Świata
I chata
Do rozstaju szlaków wracamy w ciszy, nieco jakby zmieszani, a zwłaszcza Bartek, którego zatkało na tym końcu świata z wrażenia. Zwykle to on z nas dwojga jest rozmowny, a ja to taka niemowa z wielką dozą powściągliwości w kontaktach międzyludzkich 😉 Po 10 minutach ponownie stajemy na szutrowej drodze i zmierzamy już prosto do stacji Łupków. Wychodzimy z cienia, stajemy w promieniach słońca, a na buzi jakby automatycznie pojawia się uśmiech. Jest cicho, sielankowo i magicznie. Czuć zapach spalonej słońcem trawy, włosy delikatnie smaga jesienny wiatr, a suchy pył powoli kurzy nasze buty. Czas zwalnia, oddech się uspokaja, a dusza odnajduje… Niebawem docieramy do stacji kolejowej, która wierząc rozkładowi jazdy, okazuje się być czynna w sezonie. Jesteśmy tym faktem nieco zaskoczeni, jednak bez większej dociekliwości ruszamy dalej szlakiem czarnym.

Stacja Łupków
Sielanka
Niebawem z wygodnej drogi skręcamy w prawo na jeszcze przyjemniejszą polanę. Ścieżka wznosi się intensywnie w górę, ale otaczający nas krajobraz nie pozwala myśleć o trudnościach. Tu jest pięknie. Zielone wzgórza delikatnie płyną pod sklepieniem nieba, a miękkie podłoże wbija nas głębiej w ziemię. Słyszę własny oddech naprzemiennie ze świstem wiatru, a szelest trawy pod naszymi butami jest w tej ciszy niczym krzyk. Nie wiem jak to możliwe, ale panuje tu cisza absolutna, a delikatne odgłosy natury są jedynymi dźwiękami na tym pustkowiu.

Bezkresna polana
Nieskazitelny krajobraz 💙
Po 30 minutach znajdujemy się na wierzchołku wzniesienia, usilnie wypatrując szlaku. Na polanie jest go niezmiernie ciężko odnaleźć, a potencjalnych ścieżek zaczyna się pojawiać coraz więcej. Idziemy zaniepokojeni, bo to nie pierwszy raz kiedy urywa się szlak, a rano nie skończyło się to zbyt dobrze. Na szczęście niebawem los się do nas uśmiecha i odnajdujemy drzewko z tabliczkami, do którego mieliśmy dotrzeć właśnie rano, zanim skręciliśmy w niewłaściwą stronę. Najbardziej boli, że zabrakło nam zaledwie 10 metrów...

Tutaj mogłabym się zgubić 😍
Zakamuflowany węzeł szlaków
Powinniśmy być zadowoleni z siebie, ale dopiero teraz zaczyna się zabawa i tak naprawdę chodzenie w kółko. Ostatnia farba widnieje na drzewie nieopodal, ale kolejnego znaku już nie widać. Ścieżka prowadząca polaną zaczyna uciekać w dół, więc uznajemy, że to nie jest dobry kierunek, natomiast dróżka przez las jest tak zarośnięta, że nawet nie podejrzewamy, iż tędy może prowadzić jakikolwiek szlak. I tak raz idziemy jedną drogą, wracamy do rozstaju, znowu szukamy szlaku, znowu wracamy, aż w końcu ryzykujemy lasem i po 15 minutach przedzierania się przez jeżyny dostrzegamy wyblakłą farbę na drzewie. Łydki piszczą od ran zadanych przez kolce, a my jesteśmy zupełnie nieświadomi, że to dopiero początek naszego pecha i strat czasu, jakie dziś ponieśliśmy. Im dalej w las, tym podłoże robi się bardziej nieprzyjemne. Tony błota, podmokły teren i brak nadziei na szybkie dotarcie do celu powoduje spadek morali. Kluczymy po lesie jakby w kółko i nawet kiedy docieramy do granicy, nie widzę szans na koniec tej mordęgi. Próbuję nawet wspomóc się aplikacją w dokładnej lokalizacji, ale na tym pustkowiu nie ma zasięgu. Po 1,5 godziny marszu siadam na trawie, wyciągam kanapkę i mam dość błądzenia. Chcę mi się beczeć, chcę wracać… 
Kiedy po odpoczynku postanawiamy zawrócić, nagle GPS łapie sygnał i dostrzegamy, że od celu dzieli nas niespełna 500 metrów. Czyżby limit pecha się na dzisiaj wyczerpał, czyżby się nam udało? I nagle zza koron drzew przedziera się słońce, a my wychodzimy na polanę, pośród której stoi pachoł „Przełęcz Łupkowska”. No nareszcie! 😓

Lupkovsky Priesmyk
Miejsce do odpoczynku
Tajemna mapa…
Przełęcz sama w sobie nie jest szczególnie ładna ani widokowa. Oddziela natomiast Bieszczady od Beskidu Niskiego oraz jest słynna ze względu na tunel kolejowy o długości 416 metrów, przebiegający tuż pod nią. I właśnie ten tunel chcemy zlokalizować, a raczej ścieżkę doń prowadzącą. Mamy do wyboru zejście na stronę słowacką, które prowadzi szlakiem, ale wtedy czekałby nas powrót w górę, a na to już kompletnie nie mam dziś siły. Drugą opcją jest odnalezienie wlotu tunelu od strony polskiej, ale tam trzeba zdać się na którąś ze ścieżek i instynkt. Niby są jakieś tabliczki, że tędy dojdzie się do Szwejka oraz Chaty na końcu świata, ale czy to faktycznie prawda…? Ryzykujemy i zaczynamy tracić wysokość, a niebawem naszym oczom ukazują się tory. Niestety zejście do tunelu jest wybitnie urwiste i znowu trzeba nadrobić sporo drogi, by dotrzeć do celu. Ja już nie mam na to siły ani ochoty, więc siadam na ciepłych torach i relaksuję się w popołudniowych promieniach słońca. Koniec walki.

Odpoczynek przy torach
Po krótkim odpoczynku wracamy wzdłuż torów na stację w Łupkowie i nie chciejcie widzieć mojej miny, kiedy docieramy tam w niespełna 30 minut, podczas gdy my błądziliśmy po lesie 2 godziny! To był naprawdę pechowy dzień i mam wrażenie, że wszystkie siły natury postanowiły nam przeszkodzić w dotarciu do celu – szlak, błoto, ciernie… No i finalnie udało im się zepsuć nasz plan.

Wracamy do Łupkowa na tarczy
Potem czeka nas już znana droga szutrowa, wygodna choć nieco upalna, ale najważniejsze, że sucha. Trudny to był dzień, przede wszystkim trudny psychicznie. Ciało może znieść dużo wysiłku, ale kiedy wszystko idzie nie tak jak powinno, głowa zawodzi. Wspominam jednak same dobre rzeczy z tej wędrówki: piękne krajobrazy, ciszę absolutną, odkrywanie nowych miejsc i wolę walki. Choć wracamy bez trofeum, to nie czuję się przegrana. Teraz już wiem, którędy następnym razem pójść, by szybko dotrzeć do celu. W końcu to własne doświadczenia czynią nas silniejszymi. A ten dzień zapamiętam na długo…

A.P.
16.10.2017



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza