Ciepłe, listopadowe, tatrzańskie powietrze - Ornak

Rok 2020 zdecydowanie ograniczył wachlarz górskich wędrówek, zwłaszcza kiedy mieszka się na południu i jest się zakochanym bez pamięci w Słowacji. Bardzo jednak chciałam poczuć w płucach tatrzańskie powietrze i choć wybór w polskiej części tego pasma nie jest duży, to nie było jakby innej opcji. Pole manewru jeszcze bardziej się zawęża, kiedy chce się pójść w nowe miejsce, a pewne doliny omija szerokim łukiem. I tak w całej tej zawiłości pośród tatrzańskich grzbietów stoi Ornak i woła do siebie.
Nieco przed 8:00 zostawiamy samochód na jednym z parkingów w Kirach i ruszamy w kierunku Doliny Kościeliskiej. Krajobraz pogrążony jest jeszcze w cieniu, a chłodne powietrze wdziera się we wszystkie zakamarki nieosłonięte odzieżą. Narzucamy niezwłocznie szybkie tempo i przy szumie potoku przemierzamy kolejne kilometry. Mijamy kolejno odnogi doliny, podziwiając przy tym jej walory. Na Ornak można dostać się właśnie Kościeliską i dalej na przełęcz Iwaniacką lub równoległą Chochołowską. Kto jednak czyta namiętnie bloga ten wie, że z Chochołowską to my się nie lubimy 😉 

Wlot Doliny Kościeliskiej
W oddali Bystra w pierwszych promieniach słońca

Do schroniska na Polanie Ornak musimy pokonać 5,5km i nie ma co liczyć na śniadanie w ciepłym budynku, bo w dobie pandemii obiekty nawet te górskie mogą świadczyć jedynie usługi na wynos. Po godzinie docieramy pod jego podwoje i delektując się widokiem na Bystrą, zajadamy swoje kanapki. Wciąż jest niesamowicie zimno, więc postój należy do tych ekspresowych i już niebawem obieramy żółty szlak ku Przełęczy Iwaniackiej. Trzeba rozgrzać zmarznięte kości.

Widok spod schroniska
Schronisko
Kierunek Iwaniacka!
Opuszczamy polanę, by na moment schować się w lesie, a potem w końcu dopadają nas pierwsze promienie słońca. W momencie zrzucamy z siebie zbędną odzież i pniemy się konsekwentnie w górę. Szlak żółty praktycznie na całej długości prowadzi kamiennym duktem, naprzemiennie lasem i odkrytym terenem. Minusem porannych przymrozków jest mokra skała, na której trzeba uważać, by nie podjechać, ale w górę nie sprawia większych problemów. 2-kilometrowy odcinek pokonujemy w godzinę i tym samym meldujemy się na Iwaniackiej Przełęczy. Nie ma co zbytnio przeciągać - ruszamy na szczyt!

Iwaniacka Przełęcz w otoczeniu drzew
Obieramy szlak zielony, którym według tabliczek powinniśmy dotrzeć na Ornak w 1,5 godziny. Idziemy wygodnie wciąż po ścieżce usłanej kamieniami, a im jesteśmy wyżej, tym piękniej prężą się przed nami Czerwone Wierchy, które jesienią przebierają tenże kolor dzięki roślinie sit skucina. Za nami dostojnie stoi Kominiarski Wierch, a przed nami rozpościera się długie i mega intensywne podejście. I gdyby nie te widoki, to niechże mnie piorun trzaśnie, jaki wycisk daje ten szlak. Momentami naprawdę ciężko złapać oddech, a jeśli liczycie choć na kawałek płaskiej ścieżki, to nie łudźcie się. Nawet kiedy pojawiają się zakosy, to trzeba nogi targać wysoko w górę…

Czerwone Wierchy i Tomanowy Wierch
Kominiarski Wierch
Chwila oddechu na szlaku
Po 45 minutach walki z kondycją i motywacją w końcu wyłaniamy się na powierzchnię i pośród pachnącej kosówki wbijamy wzrok w grzbiety Tatr Zachodnich. Krajobraz momentalnie zmusza nas do postoju, a ja patrzę jak zahipnotyzowana na Rakoń, Kończysty, Wołowiec, Rohacze, Osobitą i Bobrowiec. Tatrzańskie szczyty niczym warstwy tortu układają się jedna za drugą, a radość patrzenia na te śliczności jest ogromna. Więc stoję i patrzę, i rozkoszuję się okrutnie.

Pierwszy kontakt wzrokowy
Polana Chochołowska, Bobrowiec, Osobita, Grześ
Warstwy ❤
Po chwili ruszamy dalej i dosłownie po kilku krokach docieramy na Suchy Wierch Ornaczański, którego szczytowe plateau, wręcz zachęca do konsumpcji śniadania. Bez wahania znajdujemy miejsce dla siebie i odpoczywamy w otoczeniu tatrzańskich grzbietów. Doskonale widzimy nasz cel – Ornak, ale również całą grań od Starorobociańskiego po Trzydniowiański, od Wołowca po Grzesia, czy od Bystrej po Czerwone Wierchy. Listopadowe powietrze dzisiaj rozpieszcza – słońce i bezwietrzna pogoda pozwalają w pełni korzystać z tej górskiej wędrówki. A ja naprzemiennie zamykam oczy i wdycham łapczywie powietrze, by po chwili je otworzyć i pochłaniać krajobraz.

Tatrzańskie grzbiety
Trzydniowiański, a za nim Wołowiec i Rakoń
Starorobociański, Kończysty i Jarząbczy
Kamienista i Smreczyński
Niebawem ruszamy w dalszą drogę, choć w zasadzie niewiele jej nam zostało. Zdobycie Ornaku jest już tylko formalnością, a wędrówka ścisłym grzbietem to istna rozkosz. Ruch turystyczny jest znaczny, ale nawet na wąskiej ścieżce nie ma problemu z wyminięciem. Na wysokości 1854m n.p.m. meldujemy się po 5 minutach i znów rozsiadamy się na wierzchołku, delektując się otaczającą nas panoramą. Z jednej strony chciałabym zostać tu jak najdłużej, a z drugiej nogi spontanicznie poszłyby przed siebie, kontynuując beztroski marsz granią. Ale listopadowe, krótkie dni nie pozostawiają złudzeń – dzisiaj pozostaje wrócić tą samą trasą. Ale nie od razu, najpierw akumulatory muszą być pełne, muszą naładować się w 100%!

Wolność!
Najwyższy szczyt Tatr Zachodnich – Bystra
Kamienista i Bystra
Czerwone Wierchy i Tatry Wysokie
Kiedy nadchodzi czas powrotu w doliny, idę wolnym krokiem, jeszcze bardziej łapczywie chłonąc otaczający mnie krajobraz. Chociaż jest dopiero 13:00, to słońce powoli kładzie się na grzbietach, ocieplając je zupełnie nową barwą. Mijamy ponowie Suchy Wierch Ornaczański, spoglądam w tył na Ornak, po czym zanurzamy się w kosówce i zaczynamy tracić wysokość.

Za nami Ornak i Bystra
Grześ, Osobita, Bobrowiec, w dole Polana Chochołowska
Odcinek do Przełęcz Iwaniackiej mija bez problemów, choć nieco obawiałam się, że spowolni nas mokra skała. Po 30 minutach skręcamy w prawo i na dobre chowamy się w cieniu drzew. Od Hali Ornak dzieli nas godzina drogi, ale musimy być bardzo uważni, bo tutaj kamienny dukt jest jeszcze bardziej zdradliwy. Niestety nawet pełna koncentracja mnie nie ratuje przed upadkiem, który odczuwać będę jeszcze przez wiele, wiele dni. Obita kostka, posiniaczona ręka i stłuczony odcinek lędźwiowy na szczęście pozwalają mi dokuśtykać na polanę, a potem już nieco żwawiej do samochodu.

Ostatnie promienie słońca na polanie Ornak

Ornak chociaż ma niebywałą konkurencję wokół siebie, to wypada na tle tych szczytów całkiem przyzwoicie. Ba! Nawet imponująco. Rozległa panorama i nieco mniejszy ruch turystyczny z pewnością zachęcają do jego zdobycia. Ogromnym minusem jest niestety katorżnicze podejście z Przełęczy Iwaniackiej, którego nie sposób pominąć, chcąc wdrapać się na szczyt. Nie ukrywam jednak, że kiedy po wyjściu z piętra kosodrzewiny spoglądamy na pierwszy tatrzański kadr, całe podejście idzie w zapomnienie. Także ja na Ornak zdecydowanie zapraszam 😊 


A.P.

07.11.2020



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz