Po drugiej stronie raju - Zejmarska Roklina i Zajfy


Projekt „Slovakia 2018” trwa w najlepsze 😃 Idąc za doświadczeniem z zeszłego roku, w kwietniu postawiliśmy na Słowacki Raj. Wiosna to dobra pora nań nie tylko ze względu na mniejszy ruch turystyczny w tym regionie, ale również potoki po roztopach przybierają na wartkości, a stan wody się zwiększa, co tylko potęguje doznania związane z tym charakterystycznym pasmem górskim.
Tym razem postanowiliśmy pojechać na drugą stronę raju i eksplorować jej południowe zakątki, a mianowicie Zejmarską Roklinę. Jak się okazuje podczas planowania, znajdziemy się praktycznie pod węgierską granicą, ponieważ wieś Dedinky, do której zmierzamy, leży zaledwie 60km od przejścia granicznego w Aggtelek. Na miejsce czeka nas 3,5-godzinna jazda samochodem, ale poranek jest tak wyborny, że podróż kompletnie się nie dłuży, a krajobrazy po drodze powalają nas na kolana. Odkrywanie nowych miejscówek jest zajebiste 😎


Polana Głodówka
Słynna droga w Bukowinie
Zdiar Strednica
Poprad
Do wsi Dedinky docieramy ok. 9:00 i wcale nie jesteśmy zaskoczeni, kiedy na parkingu stoją węgierskie samochody i autokar. Chociaż aż tyle pojazdów się nie spodziewaliśmy... Miejscowość leży nad jeziorem Palcmanská Maša, które jest zbiornikiem sztucznym, a dokładniej elektrownią szczytowo-pompową. Mapa wskazuje, że na koniec trekkingu będziemy je okrążać, teraz jednak skupiamy się na odnalezieniu szlaku czerwonego i wędrówce w kierunku ujścia Zejmarskiej Rokliny. 

Dedinky – parking
Palcmanská Maša
Na początek czeka nas podejście stokiem narciarskim, odcinek leśny, przydrożne krokusy i przejście do wsi Biele Vody, skąd właściwie rozpoczyna swój bieg szlak niebieski przez Zejmarską Roklinę. Jest to najkrótszy kanion w Parku Narodowym „Słowacki Raj”, objęty ścisłą ochroną ze względu na swój unikalny charakter. Poruszać można się nim tylko w jednym kierunku, w górę potoku, co jest w zasadzie standardem w roklinach. Zacieramy ręce i zaczynamy zabawę. 

Ujście rokliny
Co nas tam czeka...?
Startujemy z wysokości 793m n.p.m., a przejście Zejmarskiej Rokliny przewidziane jest na 45 minut, co zapowiada zabawę krótką, ale intensywną. Już po paru krokach znajdujemy się obok potoku, który musimy przekraczać przy pomocy stupaczek i łańcuchów, a poziom wody jest całkiem okazały. Po kilku minutach pojawia się również pierwszy wodospad i zator powstały z węgierskiej wycieczki. Cierpliwie czekamy aż wszyscy przejdą, by potem w samotności pokonywać ubezpieczone odcinki. 

Poziom wody okazały
Pierwsze sztuczne ułatwienia
Wodospady i drabinka
Z perspektywy żelastwa
Po pokonaniu pierwszej drabinki czeka nas szybkie i ostre podejście, po czym wkraczamy na najlepszy etap trasy – Nálepkove Vodopády. Na początku wydaje się, że zabawa będzie krótka, ale ciąg drabinek prowadzi nas coraz wyżej i głębiej - przez śnieg, wodę i ciasne zakamarki. Bardzo efektowny odcinek wymaga sprawności, trzeba zachować również ostrożność, ponieważ wszystko jest śliskie, a niektóre drabinki wręcz toną w wodospadzie, co gwarantuje bardzo bliskie zetknięcie z przyrodą, a kontakt ten jest zimny i mokry… 😉

Na niebieskim szlaku
Pierwszy wodospad
Drabinka leżąca
Z bliska
Dalej w górę
Część drabinek wciąż pod śniegiem
Rwący potok
Ostatni wodospad, który wręcz zalewał drabinkę
Po spotkaniu z wodospadem
Po lodowatym prysznicu kończą się atrakcje Zejmarskiej Rokliny, ponieważ odtąd czeka nas już wyjście do rozstaju szlaków, czasem po śniegu, czasem wodzie, a czasem ściółce leśnej. Kanion był krótki, ale naszpikowany atrakcjami, więc zdecydowanie mi się podobało. Po północnej stronie Słowackiego Raju rokliny się dłuższe, ale wydłuża się również czas dojścia do atrakcji oraz wyjścia. Tu wszystko było „na kupie” co tylko leci na plus. Po kilku minutach znajdujemy się na polanie Geravy, gdzie obieramy żółty szlak i maszerujemy dalej. Niestety po porannym błękitnym niebie nie ma śladu, robi się chłodno i ponuro… 

Gdzie ta pogoda…?!
Dalszy plan zakłada zdobycie Havraniej Skały, będącej jednym z najwyższych szczytów w Słowackim Raju, a czeka nas tam 2h 30minut drogi. Na początek idziemy szerokim traktem, następnie tniemy zboczem przez las po topniejącym śniegu, a potem już wygodną ścieżką rowerową sukcesywnie tracimy wysokość. Na jednym z rozstajów konsumujemy śniadanie i lecimy dalej szlakiem żółtym przez dolinę Zajfy. Jesteśmy tutaj zupełnie sami, a jedyne odgłosy to śpiew ptaków i szum Vrablovskego Potoku. Idziemy wśród skalnych ścian oraz polan przeciętych meandrowym strumieniem. Jest tu jakoś tak magicznie, podoba mi się.

Wygodny szlak żółty
Dolina Zajfy
Magiczny potok
Po godzinnym marszu stajemy przed poważną decyzją. Możemy spokojnie kontynuować wędrówkę w dół szlakiem zielonym lub skręcić w prawo na żółty, by zdobyć w końcu jakiś szczyt – wspomnianą Havranią Skałę. Wahamy się dobrą chwilę, rozważając wszystkie za i przeciw, ale spoglądając na cienką pogodę, zapewne marne widoki oraz lenistwo podbite do potęgi, postanawiamy tracić metry, a nie je zdobywać 😉 Czasem bywa i tak…
Szlak zielony prowadzi nas wciąż wygodną, szeroką drogą wzdłuż potoku, a na ścieżce zaczynają pojawiać się spacerowicze. Kwadrans później docieramy do punktu Stratenska Pila i pozostaje nam 50 minut do wsi Dedinky wzdłuż linii brzegowej jeziora. Całkiem tu ładnie. 


Takie atrakcje
Ciekawe jak tam w Chochołowskiej… 😉
Może domek nad jeziorem…?
W druga stronę
Na początek czeka nas przejście przez krokusowe pole wzdłuż jeziora, a po drugiej stronie zauważamy trakcję kolejową, która na końcu znika wewnątrz góry, co nie jest niczym szczególnym, ponieważ w tych okolicach linia kolejowa wielokrotnie biegnie tunelami. Niestety niebawem nasz optymizm się kończy, albowiem szlak pnie się ostro w górę i zamiast iść przy brzegu jeziora, obchodzimy je górą. Wykończeni po 40 minutach docieramy do Dedinek, ale choć wypruci to zadowoleni 😉

Pomimo, że na szlaku słychać było węgierski język to jesteśmy na Słowacji
Tunel
Tory nad jeziorem
Kolejna wizyta w Słowackim Raju była niezła, choć muszę przyznać że ubiegłoroczny Velky Sokol odcisnął większe piętno na mojej duszy. Tam było magicznie, dzisiaj było efektownie, a na mnie zawsze bardziej działają odczucia psychiczne aniżeli fizyczne. Może troszkę zabrakło pogody, bo nie ukrywam, że pozostał w nas niedosyt, ale wiem jedno – za rok na wiosnę wracam! To staje się już tradycją.

A.N.


07.04.2018



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz