Celebryci Małej Fatry - Wielki i Mały Rozsutec


Skoro w Małej Fatrze zobaczyliśmy już rejon najwyższy i najcichszy, przyszła pora na najbardziej popularny - uderzamy na Rozsutce! Mały i Wielki Rozsutec choć do najwyższych szczytów nie należą, to są z pewnością najbardziej charakterystyczne i rozpoznawalne w całym paśmie. Ich odmienny, skalny wygląd pośród zielonych kop wyróżnia się z daleka i może właśnie dlatego są najbardziej obleganymi szczytami i prawie każdy tam był 😉 Nasz plan zakłada machnięcie obu szczytów za jednym razem, więc udajemy się do miejscowości Stefanova i stamtąd rozpoczynamy wędrówkę szlakiem żółtym.  

Tam idziemy!
Początkowo szeroka droga z czasem wprowadza nas do lasu, a zza kłębiastych chmur zaczyna wyłaniać się błękitne niebo. Szlak nas kompletnie nie męczy, a wygodnymi zakosami szybko osiągamy Sedlo Vrchpodziar. Tutaj pojawiają się pierwsze widoki i to całkiem smakowite, więc zatrzymujemy się na chwilę na rozstaju, by pooglądać rozległe polany, zielone kopy i skaliste wierzchołki oraz by znaleźć właściwy szlak, który mamy w planach. 

Na przełęczy
Smakowity poranek
Nieco powyżej
Obieramy znaki zielone, choć nasz początkowy plan zakładał niebieskie, ale cóż począć, jak skręciliśmy za wcześnie i orientujemy się dopiero, kiedy ciśniemy nieustannie pod górę. Omijamy tym samym jeden z odcinków Janosikowych Dierów, ale w zamian możemy podziwiać Mały Rozsutec oraz inne wzniesienia o poranku. Podążamy przez las, zdobywamy mimochodem jakiś szczyt, a w dole szumi potok Hlboky, wołając nas tym samym do siebie. 

Zamiast wąwozu taka panorama
Po 45 minutach finalnie docieramy do wspomnianych Dierów, ponieważ szlaki po raz drugi się krzyżują. Stajemy teraz oto przed wyborem podążania dalej lasem lub wędrówki wąwozem z licznymi kładkami i wodospadami, czyli coś jak zabawa w Słowackim Raju. Wybieramy wbrew pozorom wąwóz i postanawiamy się nieco zaprawić przed łańcuchami na Rozsutcach. Kije przytraczamy do plecaka i lecimy…

Początek zabawy
Drabinka i wodospady
Wysoko
Pokonanie tego odcinka zajmuje nam około 40 minut, po czym wychodzimy z ciemnego wąwozu na powierzchnię, a pierwsze co nam się rzuca w oczy to skaliste wierzchołki zarówno Małego jak i Wielkiego Rozsutca. Pogoda klaruje się całkiem niezła, jest dość ciepło, a delikatny wiatr rozwiewa chmury. Ogólnie otoczenie napawa optymizmem, więc rozsiadamy się w towarzystwie ścian Rozsutców, by delektować się górskim śniadaniem w tym smakowitym otoczeniu. 

Wielki Rozsutec
I Maluszek
Po doładowaniu energii ruszamy pełni sił i werwy na podbój szczytów. Na początek czeka nas 10 minut na Sedlo Medzirozsutce, skąd udamy się wprost na wierzchołek Małego Rozsutca. Nadrobimy tym samym nieco drogi, ale być tak blisko i go nie „zaliczyć” byłoby swoistym nadużyciem, a wręcz zaniedbaniem. Tak więc po 10 minutach spokojnego dreptania skręcamy w lewo i podążamy zgodnie z zielonymi znakami, które to zapowiadają 20 minut na szczyt. Ten nie powiem kusi, aczkolwiek im bliżej jego ścian się znajduję, tym intensywniej zastanawiam się, którędy prowadzi nań szlak. No bo cholera wszędzie tam są pionowe skały, a ja się dziwnie nakręcam… Póki co jednak czeka nas wędrówka polanką, a później znikamy w lesie…

Widać szlak, czy nie widać? 😉
Za nami Wielki Rozsutec
Podejście przez las zdecydowanie należy do intensywnych, a z czasem pod nogami zaczyna pojawiać się piarg i krucha skała. Po około 10 minutach ponownie wyłaniamy się na powierzchnię i składamy kije przed niewygodnymi podejściami. Od tego momentu ręce będą nam potrzebne, dochodzimy bowiem do ubezpieczeń i solidnego kominka, takiego że łohoho… Adrenalina wzrasta, bo ja tak mam, że analizuję szlak, że na pewno będzie strasznie, pot spływa po plecach, a potem nagle łapię żelastwo w dłonie i idę, jak gdyby nigdy nic. No taka natura 😜 W rzeczywistości chwytam jedną ręką łańcuch, a potem już stalową linę, drugą pewnie łapię skałę, a nogami wybijam się raz na granicie, a raz na klamrze. Prę w górę, czasem tylko spoglądając w tył na widok, który polepsza się z każdym pokonanym metrem… 

Wspomniany kominek
Sedlo Medzirozsutce w dole
Po pokonaniu strasznego kominka, a raczej tego co ma wielkie oczy, dalej nie czekają nas żadne niespodzianki. Wąska ścieżka wśród kosówki wyprowadza nas wprost na szczyt, który o tej porze nie jest oblegany. Wybija 9:30, a my stoimy na tym wierzchołku dumni i bladzi, że Małego mamy za sobą. Kręcę się koło tabliczki, wpisuje nas do księgi zdobywców, po czym siadamy i delektujemy się widokiem na nasz następny cel. Jest pięknie. To w górach lubię - wysiłek, adrenalinę i moment „po”, kiedy czas jest wyznaczany przez oddech i bicie serca, kiedy zatrzymuje się w miejscu. 

Pachoł szczytowy
My Way To Heaven tu było 😃
Widokówa
Nie rozsiadamy się zbyt długo, ponieważ przed nami jeszcze niezła wędrówka, a to w zasadzie jej początek. Biorę głęboki wdech i rozmyślam o tym kominku, co mnie postraszył w górę, jak przyjazny będzie w dół. Szału nie ma, bo nogami szukam klamer, mocno opuszczam się na rekach, ale nie czarujmy się - karły mają gorzej 😉 Tym prężeniem, wytężaniem i innymi akrobacjami niestety naciągam sobie mięsień czworogłowy uda, co jeszcze dziś mocno odczuję. Obecnie jednak lekko zgrzana z zimnym potem na plecach, pokonuje to ustrojstwo, za łatwe je wcale nie mając, a lufiaste jest również. Po pokonaniu ubezpieczonego odcinka, a następnie lasu, ponownie znajdujemy się na polanie, skąd intensywnie szukam szlaku na ścianie Rozsutca. W końcu dostrzegam ludzi… O kurde… 😲

Ale lufa!
Jak się dobrze domyślacie, ta czerwona krecha to szlak 😉
Przed podejściem na Wielki Rozsutec postanawiamy zrobić przerwę. Słońce zaczęło porządnie grzać, więc mamy chwilę na opalanie, a i przy okazji kilka dodatkowych kalorii się przyda. Na przełęczy jest zdecydowanie spory ruch turystyczny, a z każdą minutą ludzi tylko przybywa. W końcu i my ruszamy w górę, obierając szlak czerwony, który przewidziany jest na 1h 15min. Wchodzimy w las i od razu intensywnie podchodzimy w górę. Na kondycje nie narzekam, więc śmiało stawiam kolejne kroki, tym samym nieuchronnie zbliżając się do celu. Podłoże jest całkiem dobre, a niebawem wychodzimy ponad piętro regli i możemy obserwować pierwsze nieśmiałe widoki. Szczyt jest już w zasięgu wzroku, spoglądamy również na niedawno zdobyty Mały Rozsutec, a także wszystkie szczyty wokoło. No ładnie… 

Szczyt coraz bliżej
Okoliczne wzniesienia
Mały Rozsutec oraz Sedlo Medzirozsutce
Obecnie podążamy dość wąską ścieżką wśród kosówki, która ani na chwilę nie odpuszcza. Do pokonania mamy jeszcze sporo przewyższenia, więc szlak nie daje nam wytchnienia, ale wytchnienie dają widoki… Panorama już ze szlaku jest znakomita, więc spodziewam się, że na szczycie odsłoni się jeszcze więcej. Pogoda dopisuje, wiatr odszedł w zapomnienie, a zielone kopy relaksują samą obecnością. Nic nie musi się wydarzyć, bo Mała Fatra i jej zielone wzgórza wchodzą z nami w genialną interakcję. Coś fantastycznego… 

Zielono!
Genialne otoczenie
Niebawem przytwierdzamy ponownie kije do plecaków i rączki idą w ruch. Czeka nas kilka niewielkich kominków, część ubezpieczona łańcuchami i o ile trudno nie jest, to natężenie na szlaku w obu kierunkach powoduje niewielkie zatory. W zasadzie jesteśmy zaskoczeni, że w tygodniu tyle ludzi wybrało się w góry, bo w poprzednich dniach raczej nie narzekaliśmy na przepych. Tłumaczymy sobie to oczywiście popularnością Rozsutców, dopiero wieczorem się przekonując, iż Czesi i Słowacy mają dziś Święto Narodowe, co skutkuje wzmożonym ruchem 😉 I tak sobie dumając w tych korkach, po upływie łącznie niecałej godziny, meldujemy się na zatłoczonym szczycie. Znajdujemy sobie kawałek miejsca na plecaki, po czym ruszamy na tzw. obwąchiwanie i oczywiście fotosy 😁

Ruch spory…
Z krzyżem obowiązkowe
Z tabliczką również 😊
Widoki mega 😍
To co mnie osobiście zaczarowało na szczycie to widok na Stoha i Sedlo Medziholie. Nie patrzyłam w zasadzie nigdzie indziej i niczym zahipnotyzowana odcięłam się od całej otaczającej mnie rzeczywistości. Siedziałam, muldałam kanapkę i patrzyłam w dół… Dół, który był również zastanawiająco blisko, co tylko sugerowało ostre zejście, a mózg już niuchał jakieś urwiska… Teraz jednak liczyło się ciepłe powietrze, chłodny wiatr i obecność tutaj. Bo dobrze mi tu…
Po chyba godzinie zbieramy się do zejścia, które jak wspomniałam przebiegać będzie do Sedla Medziholie i tam podobno są jakieś łańcuchy i również podobno jakaś ekspozycja. Czas się przekonać na własnej skórze… 


W tę otchłań idziemy…
Na początek czeka nas solidny skalny kominek ubezpieczony łańcuchami po prawej stronie, tam gdzie zieje największa przepaść. Jednak spokojnie można śmigać samym środeczkiem, zwinnie opuszczając się na rękach i robiąc to sprawniej niż na łańcuchach. Tak więc ten etap nie przysparza problemów żadnych. Potem schodzi się średnio, ponieważ ścieżka jest dość ostra, podłoże sypkie i piarżyste, a kijów nie opłaca się rozkładać, bo całość przeplatają kominki. Wszystko to razem skutkuje niesamowitym obciążeniem kolan, a w zasadzie to również wszystkich mięśni, a zwłaszcza naciągniętego już czworogłowego… Damn it!

Kominek z dołu
Sporo takich atrakcji
Relaksujący Stoh i Południowy Groń
Schodząc w dół w zasadzie marzę już o końcu, o wypłaszczeniu i odpoczynku, i nawet pokonując końcówkę z kijami, jestem już odarta z sił i energii. Zejście z Wielkiego Rozsutca bezlitośnie uświadomiło mi, że jestem starym człowiekiem. Moje kolana piszczały i niemiłosiernie cierpiały z każdym pokonanym krokiem, do tego naciągnięty miesień, podsumowując – chyba się sypię… 😢 Finalnie po godzinie docieramy na Sedlo Medziholie, gdzie obojętna na wszystko padam na trawę, prostuje nogi i... rozdziawiam gębę… Ależ tu jest widok na Rozsutca! I tak wszystko inne w przeciągu sekundy odchodzi w zapomnienie… 

Ostatnia prostka
Taki widok!
Hipnotajzing...
Leżeć na polanie mogłabym w nieskończoność, ale nikt nas w dół nie zniesie, więc powolutku zaczęliśmy się zbierać. Przerwa była solidna, nogi trochę odpoczęły, czas wracać. Obieramy szlak zielony, który zapowiada do Stefanowej 1h 10minut, co wygląda dość optymistycznie w obecnej sytuacji. Początkowo po miękkim podłożu i płaskim terenie pokonujemy kolejne kilometry. Kiedy wręcz wydaje się, że ta sielanka będzie trwała całą godzinę, szlak stopniowo się wyostrza i w dalszej części solidnie tracimy wysokość, co tylko skutkuje powrotem wszystkich bóli „nożnych”. Rzadko zdarza mi się sytuacja, że na tak krótkim odcinku muszę usiąść i na chwilę odpocząć, gdyż nogi odmawiają posłuszeństwa. Rozstutec mnie wymęczył, upodlił, pokonał… Pod koniec na nasze nieszczęście dogorywa jeszcze upał, więc nie tylko z bólem nóg, ale także w pocie czoła marzymy już o kresie tej wędrówki, który finalnie nadchodzi po godzinie.
Podsumowując dzisiejszy dzień nie sposób pominąć morderczego zejścia i wzmianek o starości. Nie mogłam o nich nie wspomnieć, bo takie momenty w górach potrafią pokonać najtwardszych. Jednak całość trasy począwszy od wąwozu Diery przez Mały Rozsutec, podejście na Wielki oraz widok z Sedla Medziholie były tym czego w górach szukam – widoków, adrenaliny i wewnętrznego kopa. To był genialny dzień i chociaż Rozsutce do moich ulubionych szczytów nie dołączą, to trzeba na nich stanąć i pozwolić im się zaczarować…

A.N.

05.07.2017


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz